Dziel i rządź

Autor tekstu - Samuel Królak | Data publikacji - piątek, 12 grudnia 2014 | Obszar - na Północ

Dziel i rządź
fot. Maria Kraska

Na pewno każdy z nas w tym czy poprzednim roku słyszał coś na temat konfliktu, w jaki zaangażowała się przeciw Ukrainie Rosja. W całej tej niewątpliwie tragicznej sytuacji, a śmierć tysięcy ludzi – obojętnie jakiej narodowości – zawsze jest tragedią, zastanowiły mnie metody, jakich używa państwo rosyjskie w walce przeciw Kijowowi. Niektóre z tych technik są bardzo stare, chciałbym o jednej z nich wspomnieć, ponieważ być może dotykają nas bardziej, niż się to nam, obserwującym wojny z zacisznego europejskiego kąta widzom, zdaje.

Jedna ze strategii Federacji Rosyjskiej polega na wzbudzaniu waśni etnicznych w narodzie ukraińskim, bardzo niehomogenicznym, zarówno językowo jak i jeśli właśnie o pochodzenie chodzi. W tym celu państwo Putina wspiera dążenia decentralizacyjne w poszczególnych częściach Ukrainy, zaopatrując separatystów w broń i wojsko. Poza tym usiłuje też ono skłócić Ukraińców z sąsiadami, proponując np. Polakom terytorialny udział w rozbiorze tych ziem. Jest to znana od narodzin cywilizacji metoda przejmowania i utrwalania władzy, nazywana „dziel i rządź” (łac. divide et impera, gr. diaírei kaì basíleue).

a) Autorami metody divide et impera byli, jak łatwo się z powodu języka łacińskiego domyślić, Rzymianie. Do czasów Nerona (lata 60 I wieku, Pax Romana, deklarowany koniec ekspansji) zagarnęli oni znaczną część Europy, Azji i Afryki, teraz należało te prowincje utrzymać w ryzach. Ale czasy były niespokojne, a buntowniczy lennicy wciąż podnosili głowy, usiłując zrzucić z siebie jarzmo zależności od cesarza. Co więc zrobić? Zwycięzcy z Italii mieli prosty sposób, którego autorstwo przypisuje się królowi macedońskiemu Filipowi, zawierający się w przysłowiu „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta” – trzeba było znaleźć potencjalnym buntownikom wroga gorszego i bardziej znienawidzonego niż oni sami, a następnie wystąpić w roli rozjemcy, dobrego władcy, który sprawiedliwie rozstrzygnie konflikt. W tym celu wzbudzali oni lokalne waśnie w zarządzanych prowincjach, w ten sposób kontrolowali m.in. Grecję (podział Macedonii na 4 republiki, którym surowo zabroniono się kontaktować między sobą i innymi helleńskimi miastami) i pokonali Żydów, słabych, bo rozdzielonych na 5 skłóconych stronnictw (w czasie wojny 66-73).

Przede wszystkim jednak jest to „wynalazek” Przeciwnika Bożego. Użył go po raz pierwszy w Sadzie, gdzie doprowadził do rozłamu pomiędzy Bogiem a Jego stworzeniami, ludźmi, chcąc tych ostatnich zniewolić. Do dziś stosuje przeciw nam tą broń, skłócając ze sobą sąsiadów, krewnych, małżeństwa, współpracowników, całe społeczności, narody. On wie, że to jest bardzo dobry sposób, aby zająć naszą uwagę i odwrócić ludzi od światła, pogrążając ich w żywiole kłótni i nieporozumień. Kiedy się gniewasz, kiedy nienawidzisz – nie jesteś w stanie spokojnie i logicznie myśleć. Ważne jest, żeby to dostrzec: to nie człowiek, który powiedział nam złośliwe słowo czy wyrządził prawdziwą lub domniemaną krzywdę, jest jej autorem. Ludzie to raczej nieświadome narzędzia, marionetki, uwikłane w większą, zakulisową intrygę. Jeśli popatrzymy na nich z tej perspektywy, to będzie nam ich szczerze żal, a zatem nie będziemy ich nienawidzić.

Obserwując codzienność, okazuje się jednak, że:

„Dziel i rządź” to metoda stosowana nie tylko przez Przeciwnika czy jego instrumenty na Ziemi. Również w pozytywnych procesach, procesach wychowawczych można ją dostrzec. Chodzi o sytuację, w której jej użytkownik jest rzeczywistym sędzią, rozjemcą czy przełożonym, a nie usiłuje się nim stać przez uzurpację. Obowiązuje też założenie, że nie ma tu elementu antagonizowania kontrolowanych grup czy jednostek. Przykład: nauczyciel rozsadza kolegów rozrabiaków, nakazując im siąść daleko od siebie, aby nie zakłócali zajęć szkolnych. Policjanci czy służby porządkowe na imprezach masowych rozpędzają szalejących pseudofanów różnych drużyn piłkarskich, chcąc zaprowadzić ład na trybunach.

Na podstawie Biblii można zauważyć, że nasz dobry Stwórca także sięgał po „dziel i rządź”, realizując Swoje plany.

b) Odmiana tej metody stosowana przez naszego Ojca również nie zawiera kluczowego komponentu techniki szatańskiej – Pan nie nastawia ludzi przeciwko sobie, nie szerzy nienawiści (cuda bitewne, polegające na „skierowaniu miecza brata przeciwko bratu” uważam za osobną, wyjątkową kwestię). Różnica pomiędzy pozytywnym a negatywnym „dziel i rządź” polega na tym, że w odróżnieniu od tego drugiego, ludzi się nie skłóca, nie nastawia przeciwko sobie dla własnej korzyści, uniemożliwia się im jedynie współdziałanie w złym. Tak właśnie zainterweniował Bóg, kiedy zstąpił w miejsce budowy wieży Babel. Tak, tam właśnie ta metoda została użyta. I to w dodatku bez kropli przelanej krwi, po prostu rozstrajając wspólne pasmo ich porozumienia, jakim był prajęzyk, pierwszy istniejący język[1]. Pan zrealizował w ten sposób swój cel – chciał, aby Ziemia została równomiernie zaludniona, oraz by ludzkość była różnorodna anatomią, urodą, kulturą, sposobem myślenia, językiem. Również żeby koniec nie nastąpił przedwcześnie, aby historia cywilizacji rozwijała się wyznaczonym tempem. Chciał spowolnić w ten sposób postęp do pewnego czasu, widać to stąd, że Jego reakcja nastąpiła po opisanym w pierwszym wersecie 6 rozdziału skoku technologicznym, jakim było wynalezienie cegły i zaprawy (niezależnie od tego, jak głupio to brzmi, był to duży postęp – obok zorganizowania się Szinearu (czyli prawdopodobnie Sumeru) w pierwsze na świecie monarchiczne królestwo). Prawda, że niezrozumienie i grzech spowodowały następnie negatywne nastawienie do siebie nawzajem nierozumiejących się narodów i zaogniły się konflikty, powstały antagonizmy. Ale wina nie leży w Bogu, lecz w złym nastawieniu, w podejrzliwości i antypatii, jakie rodzą się w wyniku braku porozumienia, w zetknięciu z „obcym”. To zresztą ciekawe zjawisko, mianowicie co się dzieje w człowieku nie mogącym się porozumieć z drugim na zadowalającym go poziomie intelektualnym. Często tego obecnie doświadczam, mieszkając pomiędzy Niemcami i innymi obcokrajowcami. Mam mnóstwo refleksji na ten temat. Jakie to było proste i genialne zarazem posunięcie Boga, tam, w Szinear.

Myślę, że na znane słowa Chrystusa, dotyczące uzdrawiania chorych czy opętanych również można spojrzeć w kontekście „dziel i rządź”:

A jeźliż szatan szatana wygania, sam przeciwko sobie rozdzielony jest; jakoż się tedy ostoi królestwo jego? [Biblia Gdańska, Mat. 12:26]

Z tych słów wynika moim zdaniem, że gdyby doszło do sytuacji, że siły demoniczne będą działały same przeciw sobie, to jest będą używać swoich mocy do leczenia i czynienia dobrze, to będzie to znak bliskiego końca panowania Szatana nad ludzkością. Może to być aktualne w ostatecznych czasach Wieku Ewangelii, kiedy Przeciwnik nie może już działać przy użyciu starych metod, takich, jakie były w użyciu czasach największego zwiedzenia, np. w okresie średniowiecza, i zmuszony jest bronić status quo przez udawanie „anioła światłości” (2 Kor. 11:14), aby czyniąc dobrze bronić skuteczniej niż przez przemoc każdej niesłusznej ideologii. Rzecz w tym, że zmiany w strategii wymusza na nim powracający Pan Jezus, budzący i uświadamiający ludzkość.

Uwaga! Strategia „dziel i rządź” przez Szatana używana jest szczególnie w celu podzielenia i pokonania zborów. Z nie do końca jasnych dla nikogo powodów pomiędzy wierzącymi powstają podziały, zimne wojny albo otwarta wrogość. Czy doświadczyłeś tego na sobie lub w swoim zborze? Na pewno. Myślę, że nie ma ani jednego zboru czy kościoła na świecie, który by się nie borykał z problemem wewnętrznych tarć. Jest to dotkliwa próba naszych czasów, mająca wiele przyczyn, ale najważniejszą z nich jest ta, że przeciwnik wasz dyjabeł, jako lew ryczący obchodzi, szukając kogo by pożarł (1 Piotra 5:8). Jego zamysły nie są nam tajne, napisał Apostoł Paweł. A co on zamyśla? Na ogół dużo łatwiej jest pokonać i zniewolić jednostkę niż grupę (nasz Pan Jezus był od tego wspaniałym wyjątkiem, podobnie bohaterzy Starego Testamentu). Diabeł dąży więc do tego, by rozbić społeczność chrześcijańską, aby zwyciężyć nas pojedynczo. Kłótnie i skrywana wrogość prowadzą do tego na wiele sposobów. Zwolenników porządku i karności Zły usiłuje skłonić do nadmiernej surowości wobec współbraci, do „palenia mostów”, niemiłosiernego i kategorycznego rozprawienia się z tymi, którzy upadają. Błądzących – do odejścia i pogrążenia się w doczesności, gdzie łatwo mogą być uwikłani w grzech, a skąd trudno wrócić do społeczności. Obserwatorów – do zagaszenia entuzjazmu, do wstydu za własny zbór, do którego nie zechcą już przyprowadzić znajomych.

Usiłujmy zamiast tego dążyć do jedności! Znając metodę Szatana przeciwstawmy się mu (2 Kor. 2:10-11)! Po co ma nad nami triumfować? Do pokoju wystarczy choćby jedna strona. Do kogo Jezus powiedział lekcję o odpuszczaniu po 77-kroć? Czy nie do Szymona i innych chrześcijan? Zatem i oni, nawet sami apostołowie, mieli do tego skłonność. Walka z bratem czy siostrą w zborze powinna być dla nas tak samo obca i nielogiczna jak bicie się własną ręką po głowie. Kiedy czyta się Listy Apostolskie, jasne staje się, że pierwsze zbory, często przez nas idealizowane, trawił dokładnie ten sam problem. W Listach tych jest nie tylko świadectwo tych nieporozumień ale także środki zaradcze jak im zapobiegać. Korzystajmy z nich. Kochany bracie lub siostro, jeśli skrywasz urazę do jakiejś osoby, obojętnie kim ona jest, przyznaj się do tego dzisiaj przed sobą i Bogiem, i usiłuj usunąć, ukrzyżować te złe uczucia. Jeśli tak zrobisz, to bądź pewny, że Pan wysoko oceni Twój krok i zacznie działać (Przysłów 16:7). Szkoda tych lat, które się traci obok lub z dala od siebie, a można było przeżyć wspólnie. Szkoda ludzi, którzy odeszli od zborów. Ludzie stanowią najwyższy kapitał, największą wartość, każdy pojedynczy człowiek, i to uświadamiamy sobie dopiero wtedy, kiedy powoli zbliżamy się do skraju nieistnienia jako społeczność chrześcijańska i już go widzimy. Po latach teologicznych kłótni, patrzenia na ludzi z góry, duchowego zeza, przeszkadzającego dostrzec w innych naśladowcach Jezusa własnych braci i totalnego trwonienia kapitału ludzkiego przy każdej nadarzającej się „okazji”. Dostrzegamy to jak zwykle za późno, ale mimo wszystko zawsze jest czas na to, by zmienić podejście.

Uratuj przynajmniej to, co zostało, a może w ten sposób zyskasz umiejętność, cenną cechę, dzięki której Pan w tym końcowym czasie jeszcze kogoś do Ciebie przyprowadzi. Może zauważona u Ciebie utrwali się także w Twoim otoczeniu – postawa empatii, okazywania każdemu szacunku i życzliwości, doceniania czyichś wysiłków w czynieniu dobrze, gotowości do pomagania, szukania punktów wspólnych zamiast różnic.

Piszę to przede wszystkim i najpierw do siebie.


[1] Istnieje pogląd, bezpodstawny zresztą, ale obowiązujący przez lata i dość powszechny, że tym prajęzykiem jest hebrajski. Na jego poparcie twierdzi się, że imiona patriarchów i nazwy pierwszych miast i obszarów geograficznych, wymienione w Księdze Rodzaju są hebrajskie właśnie. Równie dobrze jednak mogły zostać zhebraizowane, podobnie jak np. Polacy mają własne odpowiedniki biblijnych imion – Jakub zamiast Jakow, Salomon zamiast Szlomo itp.

Udostępnij...

O Autorze

Samuel Królak

Komentarze (1)

  • Pawel

    Pawel

    13 grudnia 2014 o 13:59 |
    Jestem pod dużym wrażeniem powyższego tekstu i dziękuję za ciekawe i inspirujące wnioski. Tylko jedno stwierdzenie wzbudziło moją wątpliwość: "Ludzie to raczej nieświadome narzędzia, marionetki, uwikłane w większą, zakulisową intrygę".
    To prawda, że taka perspektywa może wzbudzić litość do ludzi złych, oprawców itp. Rzeczywiście może ona pomóc nam wyzbyć się nienawiści. Ale czy jest ona słuszna? Czy nadmierne obarczanie winą szatana, czynnika od nas niezależnego jest słuszne? (Komentarz dzisiejszej Manny :) ) .
    Oczywiście świadomość tego, że istnieje inspiracja zła jest nam bardzo potrzebna, jednak nie powinna ona zrzucać odpowiedzialności z człowieka, który temu złu ulega.
    W tym kontekście toczy się dyskusja pomiędzy tezą Hannah Arendt wyrażoną wiele lat temu w książce o Eichmannie "Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła" a poglądem odmiennym, opisanym współcześnie przez Bettinę Stangneth "Eichmann przed Jerozolimą. Niezbadane życie masowego mordercy". Okazuje się, że jego postawa nie była wcale taka banalna a fakt, że funkcjonował w machinie hitlerowskiego terroru wcale nie usprawiedliwia jego prywatnego zaangażowania, wielkiej aktywności osobistej w czynieniu zła.

    Zwróciłem uwagę na ten jeden szczegół ponieważ wydaje mi się istotny w kontekście naszej osobistej odpowiedzialności. Ale on jest ważny też przy rzeczowej ocenie (nie osądowi) postępowania innych względem nas. Można aktywnie wspierać dobro (wręcz je tworzyć), można biernie przyglądać się złu, albo też aktywnie je współtworzyć. Nawet bycie trybikiem w machinie zła nie zwalnia myślącego człowieka z odpowiedzialności. Lot jednak "trapił duszę swoją" żyjąc w otoczeniu zła.

    Pozdrawiam serdecznie

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.