Efraim - wnuk, który stał się synem

Autor tekstu - Samuel Królak | Data publikacji - piątek, 17 stycznia 2014 | Obszar - na Północ

O tym i o innych patriarchach

Efraim - wnuk, który stał się synem
fot. Natalia Litkowicz

Patriarcha Efraim, syn Józefa Egipskiego i Asenaty, pojawia się dwukrotnie na kartach Starego Testamentu.

W 48 rozdziale księgi Rodzaju, na temat którego jest nasz pobieżny tekst, znaleźć można szczególny opis – pożegnanie umierającego ojca z synem. Sędziwy Jakub, głowa rodu, zbiera po raz ostatni siły i wzywa Józefa, umiłowanego syna z ukochanej kobiety, aby przekazać mu swoją wolę. W spotkaniu tym uczestniczą też chłopcy, a może nawet już młodzieńcy, obaj urodzeni przed latami głodu w Egipcie (1 Mojż. 41:50-52). Mogli mieć już 19-21 lat, może byli urodzeni rok po roku, co można łatwo obliczyć na podstawie następujących wersetów: 1 Mojż. 45:11; 47:9, 28. Wyobrażam sobie takich młodych chłopaków, prowadzonych do dziadka, którego nie znali, jeszcze w dodatku schorowanego, u kresu sił. Klęczą przed nim, a on kładzie dłonie na ich głowy i błogosławi im.

Być może nie było to dla nich szczególnie atrakcyjne przeżycie, kontakt ze starym człowiekiem. A może właśnie było, bo tyle się nasłuchali w dzieciństwie o jego niezwykłym życiu. Przypominam sobie wizytę u swojego dziadka, którego, jako niewiele starszy od ówczesnego Efraima chłopak, odwiedziłem na pewien czas przed jego śmiercią. Ta wizyta była inna niż pozostałe, tak wiele chciał mi o sobie powiedzieć. Zazdroszczę osobom, które mają blisko rodziców swoich rodziców i mogą z nimi wymieniać myśli, poznawać ich życie, uczyć się od nich wiary. Ja nie miałem dziadka na co dzień, widywałem go niekiedy na konwencjach, czasem przyjeżdżałem i widywałem się z nim. Jego śmierć zakończyła na razie możliwość pogłębienia naszej znajomości, na etapie, kiedy – poza grzecznościami – nie byłem gotowy jeszcze na intensywniejsze przyjęcie tego, co sobą dawał. Do tego trzeba dorosnąć, dojrzeć. Może tak było i z dziećmi Józefa?

Dziwne, że Józef musiał przedstawiać wnuków ojcu, który przecież mieszkał w pobliżu, w ziemi egipskiej, już od siedemnastu lat. Jakub wiedział o nich jednak, znał ich imiona i miał wobec nich plany. Możliwe też, że spotykał ich przy różnych okazjach, Pismo wskazuje, że niedowidział. Może nie rozpoznał ich z pewnej odległości, kiedy wchodzili do jego domu, a jego uwaga z wersetu 11 obejmuje nie to ostatnie spotkanie, a całe życie, w którym wbrew swoim smutnym myślom zdążył ujrzeć jeszcze nie tylko Józefa, ale i jego potomstwo. Jednak zabarwienie emocjonalne tych słów wskazuje raczej na tą pierwszą ewentualność, to jest entuzjazm spowodowany ujrzeniem dzieci Asenaty po raz pierwszy.

Jakub miał plany wobec przyprowadzonych mu młodzieńców. Powiedział, że będą dla niego jak inna dwójka. Jak Ruben i Symeon – wspomniani są tu dwaj synowie Jakuba, jego pierworodny i następny po nim w kolejności. Jakub mówi o swoich pierwszych potomkach, ponieważ chce również usynowić dwóch pierwszych synów Józefa, tak, aby odziedziczyli oni Jakubowe błogosławieństwo, czyli rozmnożenie ich w wielki naród i aby przypadł im terytorialny dział w Ziemi Obiecanej (następne dzieci miały być już Józefowe, ale nazywać się od imienia swoich starszych braci, to jest być członkami plemion Manassesa lub Efraima jako głowy poszczególnych rodów).

Jest w tym jednak również dodatkowy sens – najstarsi synowie Jakubowi zostaną zastąpieni w przyszłych dziejach Izraela przez dzieci Józefowe. Pokolenia Rubena i Symeona poza okresem podboju Kanaanu za czasów Sędziów nie odegrały żadnej ważnej roli w historii swojego narodu. Nie ma z ich liczby żadnego męża Bożego, żadnego sędziego czy proroka. Szczepy te żyły na uboczu głównych zdarzeń Starego Testamentu. Czemu tak się stało? Jest to przykład długofalowych konsekwencji, jakie dotykały w Starym Testamencie całe generacje za określoną postawę moralną i czyny ich przodków (na przykład Adam i Ewa, Kain, Cham, Heli, Amalekici itd). Ruben zhańbił ojca, śpiąc z jego drugorzędną żoną Bilhą, którą uwiódł, kiedy jej pani i opiekunka, Rachela, umarła. Symeon „wsławił” się podstępnym wygubieniem całej społeczności kananejskiej w Sychem. Jakub wrócił do obydwu tych spraw tuż przed śmiercią; zapowiedział plemionom, które miały wywodzić się z Rubena i Symeona, brak wielkości, a nawet rozproszenie.

Zamiast nich, a może obok nich, na swe pierworodne dzieci wybiera latorośle Józefa. Robi to jednak w zgodny z „tradycją” całej Księgi Genesis sposób – od Abla aż do Efraima Pan wybierał mniejszych, młodszych z rodu, a nie pierworodnych. Tak i tutaj, choć niedowidzący, ale jednak pod wpływem Ducha Bożego, Jakub nie pomylił się, kładąc swoją prawą rękę na głowie młodszego Efraima (1 Kron. 5:1-2). Adopcja wnuków miała jeszcze na celu wyróżnienie dla Józefa. Zgodnie z zasadami primogenitury w Starym Testamencie najstarszy, pierworodny syn dostawał podwójną część ojcowizny, otrzymywał w spadku dwie części, podczas gdy kolejne dzieci dziedziczyły po jednej z całego spadku (porównaj 5 Mojż. 21:17; 2 Król. 2:9). Józef również dostał dwa razy więcej, niż pozostali – reprezentowały go w narodzie aż dwa pokolenia, podczas gdy inni bracia założyli po jednym! Najczęściej jednak, kiedy mówiło się w narodzie Izraelskim o Józefie, odnosiło się to zwyczajowo do Efraimitów, czasem do obydwu bratnich plemion, ale to raczej Efraim był pokoleniem Józefa. Dlatego zapis z Księgi Objawienia świętego Jana 7:8z pokolenia Józefa 12 tysięcy – odnosi się moim zdaniem do pokolenia Efraima, tym bardziej, że plemię Manasses wymienione jest osobno w wersecie szóstym.

Wracając do kwestii „długofalowych konsekwencji” trzeba dodać, że nie zawsze czyny ojców determinowały los dzieci. Symeon został zganiony za mord sychemski wraz ze swoim młodszym rodzonym bratem, Lewim, Jakub zapowiedział im wspomniane rozproszenie w Izraelu, zobaczmy jednak, jak piękne w skutkach okazało się to rozproszenie dla Lewitów. Ta rodzina głęboko przeżyła karcące słowa patriarchy Izraela, toteż jej członkowie zwrócili się w pobożności ku Bogu, za sto kilkadziesiąt lat jedna z bogobojnych rodzin lewickich wyda na świat tak wybitnych ludzi, jak Aaron, Miriam i Mojżesz (prawnuczęta Lewiego). Później, w czasie buntu, Lewici okażą się wierni Przymierzu, toteż Bóg rozproszy ich – tak! – ale jako święte pokolenie, które ma mieć dział w Panu, a nie w ziemskim dziedzictwie. Tym sposobem kara Jakubowa obróciła się w piękną nagrodę, bo i Lewi się zmienił (ale ta zmiana również była czynem o „długofalowych konsekwencjach” dla następnych generacji).

Odwrotnie było niestety z plemieniem Efraima. Wyróżnieni z początku, rozmnożyli się licznie w narodzie (40.500 samych wojowników za czasów Mojżesza – 4 Mojż. 1:33). Pod przewodnictwem Jozuego, również Efraimczyka, odnosili wielkie zwycięstwa w kampanii kananejskiej, a potem, jako pokolenie zajmujące centralne terytorium (choć Jozue ich nie rozpieścił przy podziale ziemi – dostali góry, i to zalesione, które musieli wykarczować – Joz. 17:14-18), wywierali przez wieki istotny wpływ na dzieje narodu. Czytając o ich późniejszym postępowaniu z mężami Bożymi, Gedeonem i Jeftą, można nabrać wrażenia, że Efraimczycy byli bardzo dumni i pewni siebie. Zależało im na sławie, chcieli uchodzić za najwaleczniejszych w Izraelu. Gedeon w umiejętny, łagodny sposób uśmierzył kosztem swojego upokorzenia ich zapalczywość (Sędz. 7:24-25; 8:1-3), ale sędzia Jefte ukarał napastliwość Józefitów, posuniętą nawet do gróźb mordu – zginęło wówczas u brodów jordańskich 42 tysiące wojowników (Sędz. 12:1-6).

Później, za czasów dynastii Dawida, Efraimici kilkakrotnie usiłowali uniezależnić się i stworzyć własne państwo, którego będą liderami, co udało im się w końcu zrealizować po śmierci Salomona pod przewodnictwem Jeroboama, syna Nebata z Saredy, też z tego plemienia. Odtąd byli „królestwem efraimskim” (zobacz proroctwo Ozeasza), liczniejszym niż sąsiadujące z nim judzkie, bogatszym przez ścisłe kontakty handlowe z Fenicjanami, żyjącymi na północy, ale niestety – odpadłym od służby Bogu z powodu umiejętnej, izolacjonistycznej polityki swych królów, dążących do zerwania więzi z królestwem judzkim. Świątynia Salomona znajdowała się w Jeruzalemie, każdy pobożny Hebrajczyk miał ją według Prawa odwiedzać, co rodziło niebezpieczeństwo powrotu obywateli Królestwa Północnoizraelskiego do Judy, więc Jeroboam I ustanowił własny, bałwochwalczy kult dwóch cielców, które umieścił w Betel i Dan, to jest poza granicami Judy.

Widzimy więc, że w odróżnieniu od Lewitów, którzy aktywnie wpłynęli na kształt przepowiedzianej im historycznej roli (choć było to niezaprzeczalnie z łaski Bożej), potomkowie Efraima dobrze zaczęli, ale źle skończyli. Oni również aktywnie, lecz negatywnie wpłynęli na swój los. Bóg dał im obiecaną przez Jakuba wielkość, ale ze względu na ich odstępstwo, było to wyniesienie krótkotrwałe i zakończyło się karą – Asyryjczycy podbili ten kraj w 722 r. przed Chrystusem i wysiedlili dziesięć pokoleń, a wraz z nimi Efraimitów. Prorok Amos przepowiedział im, że na obczyźnie będą odczuwać głód słowa Pańskiego, lecz nie znajdą (Amos 8:11-14). Przepadli w zamierzchłych czasach bez wieści.

Wniosek etyczny dla nas jest oczywisty. Nasze zbawienie jest w naszych rękach, mamy je sprawować z bojaźnią i drżeniem. Ani świętość naszych rodziców czy dziadków w Prawdzie, ani świetlane obietnice Pisma Świętego nie zagwarantują nam wiecznego życia, jeśli nie będą z nimi związane nasze wysiłki, aby żyć sprawiedliwie i wypełniać wolę Bożą. Co więcej, chwała i świetność mogą przeszkadzać, nie te materialne jedynie, choć one również nie pomagają życiu duchowemu, ale również chluba z przynależności do tego czy innego zboru, do określonej wspólnoty religijnej, do zasłużonej rodziny pielgrzymów i starszych. „Podziwiam wasz zbór, jest taki mocny w Prawdzie. Prawdziwy bastion Prawdy”. Tak. Przyjemnie słyszeć takie opinie i każdemu życzę bliskiej ideału wspólnoty, ale jeśli pochwały będą docierać do nas często, w sercu łatwo może zagnieździć się duma i nieuzasadnione przypisywanie sobie cudzych zasług. Wiem, bo też to miałem, a może i jeszcze trochę mam. Zgoda, trochę chluby potrzeba, ponieważ obecnie na przykład w mojej społeczności tendencja jest raczej odpływowa; młodzi zapaleńcy nie widzą w naszych zborach przykładu i miejsca dla siebie, ulegają urokowi innych grup wyznaniowych, których członkowie – rówieśnicy naszych zapaleńców – zapatrzeni są w swoich pastorów, organizacje filantropijne i różne formy aktywności, z których są dumni. I ta duma, ten zachwyt udziela się osobom, mającym wątpliwości i uczucie niezaspokojenia w działaniu dla Boga, osobom, dla których doktryna jest na odleglejszym miejscu w życiu chrześcijańskim. Tak, brak jakiegokolwiek poczucia dumy z własnej wspólnoty to druga skrajność, wynikająca być może już nie z tego, że „ciało jest mdłe”, ale że duch jest mdły, mam na myśli naszego ducha, który nie jest wystarczająco przekonujący dla tych, którzy odchodzą. Zróbmy coś z tym wspólnie. Wierzę, że można aktywnie zmienić nawet najsmutniejsze prognozy. Bądźmy jak Lewici, którym mocne karcenie przyniosło błogosławione skutki, uniknijmy końca Efraimitów, którzy byli największym i pierworodnym plemieniem Izraela, ale nie wykorzystali dobrze udzielonych błogosławieństw.

I pamiętajmy w swoim życiu o rodzicach naszych rodziców. Poznawanie ich to odkrywanie samego siebie.

W kolejnym rozważaniu przyjrzymy się życiu osobistemu patriarchy Efraima, opisanemu w Księdze Kronik.

Udostępnij...

O Autorze

Samuel Królak