Siedem przeszkód Nehemiasza (5)

Autor tekstu - Samuel Królak | Data publikacji - piątek, 31 lipca 2015 | Obszar - na Północ

czyli o trudnościach w budowaniu społeczności

Siedem przeszkód Nehemiasza (5)
fot. Estera Kubic

Kontynuacja tekstu: Siedem przeszkód Nehemiasza (4)

Mąż, który nie ma mocy nad duchem swoim, jest jako miasto rozwalone bez muru. – Przyp. Sal. 25:28

Kontynuując nasze rozważania, dotyczące przeniesienia sytuacji odbudowy murów Jerozolimy po powrocie Żydów z siedemdziesięcioletniej niewoli babilońskiej na odnowę chrześcijaństwa przyjrzymy się dziś kolejnym przeszkodom, które musiał pokonywać Nehemiasza i mieszkańcy miasta.

PRZESZKODA 6 – ZŁE KONEKSJE (Neh. 6:17-19)

Kiedy praca odbudowy murów i bram miasta dobiegała już końca, wrogowie Nehemiasza, świadomi, że nie powstrzymają podniesienia się Jeruzalemu z ruin, sięgnęli po inną metodę zwalczania jego wpływów wśród Żydów. Zaczęli umacniać i wykorzystywać istniejącą już sieć współpracowników i sojuszników w mieście. Wielu Izraelitów było zresztą z nimi spokrewnionych poprzez małżeństwa. Paul Johnson pisze, że np. miejscowi am haarec, biedni ludzie pozostawieni przez Babilończyków w kraju, pomagali już w przeszłych latach okolicznym poganom w odbudowie murów, udaremnili próbę odnowy, podjętą przez Zorobabela. W omawianej historii również znaleźli się rodacy namiestnika, chętni do współdziałania z nieprzyjaciółmi. Korespondowali na własną rękę z wrogiem. Mówili umyślnie często w obecności namiestnika o Tobiaszu, donosili również tamtemu wszystko, co powiedział Nehemiasz. Chodziło o to, by dać do zrozumienia Nehemiaszowi, że jest osamotniony, że nie ma poparcia w możnych miasta, że jego działalność uważana jest za samowolną i szkodliwą, zwłaszcza dla dobrosąsiedzkich stosunków. Jakby mówili: „ten twój rygorystyczny judaizm jest dobry w świątyni, ale w życiu panują inne zasady – trzeba się do nich dostosować, dogadywać się”. Możliwe jednak też, że były to pierwsze kroki Tobiasza na drodze wkupienia się w łaski mieszkańców tak, aby nie brano mu za złe dotychczasowego stanowiska w sprawie odbudowy miasta.

A jak napływ informacji i posiadanie różnych kontaktów oddziaływa na nas? Jeden przykład z wielu, może nie do końca adekwatny, ale za to mój J. Czasami włączam Facebooka. Tęsknię za Polską – znajomymi, rodziną, a szczególnie za społecznością. Lubię więc zobaczyć, czym żyją, co robią ludzie, których znam. Ludzie dzielą się fajnymi rzeczami. Niekiedy jednak widzę u wierzących rzeczy, z którymi mam potem problem. Ktoś np. podzieli się muzyką z wulgarnymi albo bluźnierczymi słowami. Gdzie indziej na opublikowanym zdjęciu stoi konsumowana właśnie butelka wódki, ktoś inny jest na imprezie. Ktoś niezadowolony ze swojego małżeństwa znalazł sobie właśnie kolejną miłość swojego życia i dzieli się ze znajomymi swoim szczęściem. Znam niektórych z zebrań i spotkań, pamiętam czyjś chrzest i myślę na ten temat. Nie to jednak mnie najbardziej martwi. Ktoś przecież może mieć gorszy czas w życiu, jakiś kryzys, ktoś jest młody i właśnie burzliwie to okazuje. Ale czasami widzę pod takim zdjęciem, wypowiedzią czy utworem reakcję innych – polubienia, słowa zachęty, pochwały. Patrzę na imiona i nazwiska – kilkanaście poświęconych osób lub sympatyków. I wtedy myślę nad sobą samym – czy aby czasem nie staję się fanatykiem albo „nazbyt sprawiedliwym”? Czemu jakieś zjawisko wydaje mi się rażąco sprzeczne z Biblią, a innym nie przeszkadza albo się podoba? Może ze mną jest coś nie tak? Ale czy mogę być fanatykiem jeśli umiem sam siebie o to zapytać, jeśli się badam pod tym kątem? Nie cierpię się wtrącać w sprawy innych, pod wpływem Jezusa zależy mi na ludziach coraz bardziej każdego dnia mojego życia. A może jednak – nie wiem jak to możliwe - oni się mylą? Ale czy może mylić się większość? (W sumie to Dagmara ma takie samo zdanie jak ja, ale może jest pod moim wpływem? Mówi mi, że w takich sprawach nie jest, że kieruje się swoim osądem. To dobrze, bo czułbym się w takich momentach jeszcze bardziej osamotniony i niepewny).  Ktoś poradzi: to dla spokoju sumienia nie patrz na to. Zablokuj sobie np. powiadamianie o aktywności wybranych znajomych. Dobrze, zrobię to. Ale czy to rozwiązuje czyjś grzech? I problem z jego postrzeganiem, uświadomieniem? Czy tu w ogóle chodzi o jakiś Facebook? Bóg i tak nas wciąż widzi. Zastanówmy się proszę nad tym i jakie światło dajemy. Czy to nie jest szczególna próba naszych czasów, że Pan sprawia, by w taki czy inny sposób wyszły na jaw pragnienia i stan naszych serc? Czy wiesz, że właśnie jesteś doświadczany? „Ale to tylko taki portal społecznościowy”. Nie. To okno do wnętrza i świata wartości ludzi, których spotykamy w zborach, na konwencjach. Pomyśl nad tym, nie bacząc na to, że pisze do ciebie Samuel Królak, który sam miał i miewa różne wyskoki. Nie jest tak bardzo istotne, co on myśli. Ważne jest co myśli o Tobie Pan Jezus. I co nam powie, kiedy w końcu Go spotkamy. Z nim warto mieć szczerą, czystą relację, być w kontakcie.

Czy światowość nie jest jak taki Tobiasz, który próbuje wprosić się do nas, o którym wciąż natrętnie się mówi i lansuje go w gronie wierzących, mimo że walczy przeciwko duchowi?

PRZESZKODA 7 – WRÓG WEWNĄTRZ

Kiedy Nehemiasz zakończył już dzieło odbudowy murów, przebywał w Judzie jako namiestnik jeszcze przez 12 lat po czym wrócił na dwór Artakserksesa, aby złożyć mu raport ze swojego pobytu w Judei. Do Jerozolimy wrócił ponownie po jakimś czasie. Co tam zastał? Okazało się, że ten właśnie z jego najzaciętszych wrogów, Tobiasz Ammonita, który usiłował uniemożliwić rekonstrukcję muru – teraz mieszka sobie w samym sercu Jerozolimy, mianowicie w jednym z pomieszczeń dziedzińca świątyni Pańskiej, służącym dawniej jako magazyn dla świętych naczyń. Umożliwił mu to Eliaszib, prawdopodobnie arcykapłan, który należał do stronnictwa Sanballata (jego syn i córka Sanballata byli małżeństwem), ten sam, który jako pierwszy wymieniony jest wśród budowniczych muru z 3 rozdziału. Pominąwszy fakt, że Tobiasz był wrogiem Judejczyków, to nie powinien tam się znajdować ze względu na swoje pochodzenie. Ammonitom nie wolno było nigdy znaleźć się w zgromadzeniu świętym (5 Mojż. 23:3). Wyrzucenie go wraz z całym dobytkiem z domu Pańskiego było jedną z pierwszych czynności namiestnika Judei.

Ludzie tacy jak Tobiasz występują i w naszych czasach, nie tylko wśród religijnych ludzi. Spójrzmy na politykę – ilu jest takich europosłów, którzy kilkanaście lat temu gorąco sprzeciwiali się akcesowi Polski do EU. Teraz jak gdyby nigdy nic jeżdżą do Brukseli. Czyżby chcieli ją zdestabilizować od wewnątrz? Raczej korzystają z sytuacji. Diety poselskie są spore. Logika ich brzmi mniej więcej tak: jeśli nie mogę czegoś powstrzymać, to niech przynajmniej przynosi mi  profity. A może uda mi się również zmienić kierunek europejskiej polityki? Okazuje się, że w Parlamencie Europejskim sporo jest już polityków o dążeniach odśrodkowych, nacjonalistycznych, którzy nie za bardzo współdziałają z politykami innych krajów, za to chętnie demonstrują swój radykalizm.

Mniejsza o politykę. Tobiaszami chrześcijaństwa stali się w XX wieku ludzie, którzy wniknęli w kościelne struktury wielu wielkich wyznań, przeszli po wszystkich szczeblach duchownej kariery z myślą, aby zmienić dane kongregacje od środka. Antonio Gramsci, teoretyk komunizmu, nazwał to długim marszem przez instytucje. Stwierdzono, że samo dzierżenie władzy politycznej to zbyt mało, żeby obalić tradycyjne społeczeństwo. Należy przeniknąć do szkół, urzędów, instytucji kulturalnych i właśnie środowisk religijnych, aby zmienić je od wewnątrz. Najskuteczniej wpłynie się na zmianę myślenia wiernych przez objęcie możliwie wielu nauczycielskich i reprezentatywnych urzędów. Środowiska lewicowe podjęły się tego zadania i rozpoczęły je realizować od czasów powojennych. To właśnie tak wprowadzono spotykające się wcześniej ze sprzeciwem chrześcijan  np. kapłaństwo kobiet czy równouprawnienie homoseksualistów i wiele innych błędów w kościołach protestanckich wielu krajów.

Czego Nieprzyjaciel nie może zdławić siłą, to próbuje skorumpować, zepsuć od środka. Początkowo zastraszał i prześladował Kościół Chrystusowy jako całość rękami cesarzy, a potem papieży i ich świeckich narzędzi. Kiedy jednak na skutek oświecenia ludzkości prześladowania na tle religijnym zostały w dużym stopniu ukrócone, zaczął oddziaływać na jednostki za pomocą pokus i fraternizowania się. Czyli podobnie jak w historii z Nehemiaszem. Efekt jest ten sam – zboczenie z wąskiej drogi, już nie na skutek bojaźni, lecz poprzez wizję dla ciała atrakcyjniejszych od Chrystusowego sposobów życia. Przez konsumpcjonizm, kult ciała, zalew światowych zainteresowań. Przez łatwiejszą, wygodniejszą, mniej wymagającą formę chrześcijaństwa, taką, która nie sprowadza doświadczeń.

Przykłady mamy liczne. Tak stało się z wczesnym kościołem, który został zdemoralizowany wyniesieniem do zaszczytów. Pojawili się wówczas tacy spośród chrześcijan, którzy bardzo chcieli być doradcami i zausznikami cesarzy, i mieć realny wpływ na władzę. Papiestwo jest Tobiaszem, który rozgościł się w chrześcijaństwie, choć jest tworem niebiblijnym i antychrystusowym. Wyrzuci go osobiście nasz „Nehemiasz” w związku ze swoim powrotem. Podobnie jak ze wczesnym chrześcijaństwem było i z naszym ruchem po śmierci Russella. Okazało się, że są wpływowe jednostki, które tylko czekały na odejście pastora, aby wykorzystać kapitał zaufania, jaki zyskał wśród ludzi swoją pracą i serdecznością. Za pomocą jego wizerunku i dorobku chcieli poprowadzić społeczność w nowym, własnym kierunku, choć dotychczas pozorowali doktrynalną zgodność z założycielem. To nie był tylko Rutherford, on wziął największą część dla siebie, ale również wśród protestujących przeciw zmianom braci znalazło się wielu takich, którzy oderwali dla siebie grupki i założyli swoje organizacje.

Ilekroć w społeczności są jakieś dobra materialne albo dowolny kapitał – ludzki, finansowy, kapitał zaufania społecznego – wtedy jest o co walczyć i z pewnością znajdą się ludzie zmagający się o przejęcie tych zasobów. U nas dzisiaj na szczęście nie ma specjalnie o co walczyć, bo jesteśmy „planktonem chrześcijańskim”, dlatego wyżej wspomniane problemy nas omijają; co Przeciwnik chciał wyrwać Badaczom, to już zabrał w dwudziestych latach poprzedniego wieku – dziesiątki tysięcy ludzi, których do naszej wersji chrześcijaństwa skłaniały głównie proroctwa czasowe i intensywna kampania, ale nie byli ugruntowani na Biblii. Oddolna organizacja zborów, polegająca na obieraniu duchowo rozwiniętych braci na pasterzy przez zbory nie zapobiegła przejęciu majątku Badaczy – Towarzystwa - przez sprytnych ludzi, ale uchroniła w pewnym stopniu naszą społeczność. W jakich jednak kościołach istnieje kariera urzędnicza i odgórna hierarchia, tam przez lata wspięli się po wszystkich szczeblach na sam szczyt ludzie z zewnątrz i zmienili myślenie takich denominacji (oczywiście nie tylko oni, także inne czynniki, rewolucje obyczajowe, zmiany polityczne etc). Jakże warto więc pilnować tej drogi wpływu na Kościół! Nie bądźmy kapłanami, którzy przez związanie się ze światem wpuszczą do wnętrza naszej Świątyni szkodliwych gości. Nie segregujemy już etnicznie. Do uczestnictwa w naszych zebraniach ma prawo każdy, kto nie zakłóca zebrań, jest trzeźwy i przyzwoicie się zachowuje (i wygląda), ale nie każdy może mieć na społeczność aktywny wpływ, a już na pewno nie człowiek światowy i wrogi budowaniu się w wierze.

Czy pamiętamy jeszcze kapłana Eliasziba? Tak, to ten sam najwyższy kapłan, który rozpoczął odbudowę murów i odnowił bramę Owczą. Ale w jakże innej roli występuje w sprawie z Tobiaszem. Czy nie wiedział, co Tora mówi o Ammonitach? Z pewnością znał te zapisy, wielokrotnie odczytywane publicznie. Kto jak kto, ale głowa kapłaństwa powinna znać wolę Bożą w tej sprawie. Wygląda więc na to, że ją nagiął dla wygody swojej rodziny. Płynie stąd czytelna lekcja. Czasami poświęcony chrześcijanin ma niewierzącego członka rodziny – małżonka, dzieci, może zięciów czy synowe, czy kogoś jeszcze. Bywa, że są to osoby prowadzące się dobrze, spokojni, kulturalni ludzie. Ale jeśli żyją w grzechu, to nie mogę tego tolerować ani naginać w ocenie ich grzechu biblijnych zasad. Jeśli np. zbór znałby tych ludzi i zwracałby im uwagę, to nie wolno mi brać strony krewnych przeciw świętym. Kościół to rodzina duchowa, o wiele ważniejsza od pokrewieństwa krwi, a tym, co nas czyni bliskimi sobie, jest właśnie Biblia.

Po drugie widać, że Eliaszib pięknie zaczął a nienajlepiej skończył. Nie wiemy, czy tyrsata obalił go z urzędu – chyba nie, ponieważ wówczas jeszcze arcykapłani sprawowali swoją funkcję do śmierci (Rzymianie obalili tę zasadę i sami mianowali i odwoływali kapłanów, stąd było wielu naraz, jak w historii z sądem nad Jezusem). W naszej wędrówce za Mistrzem również czasem tak jest – osoby, które dawały nam przykład, te które pociągnęły nas do Pana same czasem się gubią, odchodzą. Myślę, że nam, słabym i potrzebującym autorytetów jednostkom takie doświadczenie jest potrzebne – oduczamy się polegać na człowieku jak na jakiejś wyroczni, opuszcza on piedestał naszego podziwu, aby zrobić miejsce Bogu.

Udostępnij...

O Autorze

Samuel Królak