Ustrój kościoła (5)

Autor tekstu - Daniel Kaleta | Data publikacji - piątek, 11 listopada 2016 | Obszar - na Północ

(Nie)*śmiała próba wyciągnięcia osobistych wniosków z czterech poprzednich w miarę obiektywnych rozważań

Ustrój kościoła (5)
fot. Małgorzata Kubic

* Niepotrzebne skreślić

Kontynuacja tekstu: Ustrój kościoła (4) – Metody organizowania się zborów Badaczy Biblii

W poprzednich czterech rozważaniach starałem się w bardzo zwięzły i z konieczności powierzchowny sposób przedstawić materiał biblijny i historyczny dotyczący sposobów organizowania się zborów Chrystusowych w czasach biblijnych oraz późniejszych, aż po współczesny ruch Badaczy Biblii. Była to z mojej strony próba obiektywnego, o ile to tylko możliwe, spojrzenia na zapisy biblijne i historyczne. Oczywiście nie ukrywałem swych preferencji, które zapewne były zauważalne już na etapie wyszukiwania i oceny argumentów.

Jestem zdecydowanym zwolennikiem biblijnego systemu kongregacjonalnego. Nie był on najbardziej efektywny dla pierwszych zgromadzeń naśladowców Jezusa i nie zabezpieczył ich bynajmniej przed popadnięciem w błędy. Był jednak, moim zdaniem, najkorzystniejszy pod względem stworzenia optymalnych warunków rozwoju dla „prawdziwych czcicieli”, którzy pragnęli oddawać Ojcu cześć „w duchu i w prawdzie” (Jan 4:23). Czy inny system sprawdziłby się lepiej? Czy zapobiegłby zgorszeniom i podziałom? Nie wiadomo, bo w czasach biblijnych żaden inny ustrój się nie ukształtował. Te, które wprowadzono później, sprzyjały raczej ochronie błędów niż rozwojowi prawdy i również wywoływały podziały.

To, czy system kongregacjonalny jest najbardziej przydatny dla współczesnych zgromadzeń chrześcijańskich, jest oczywiście rzeczą dyskusyjną. Zastaliśmy już w swoich kościołach i zborach wcześniej ukształtowany ustrój, którego zmienianie wiązałoby się zapewne z bolesnymi konfliktami, zgorszeniami, podziałami. Koszty wydają się tak wysokie, że tylko młodzi i bardzo gorliwi ludzie byliby może gotowi je ponieść. Dlatego przedstawione poniżej wnioski nazwałem osobistymi, jako że do młodzieży już dawno nie należę i nie zamierzam nikomu proponować żadnej „rewolucji”. Moje wyobrażenia mają charakter czysto teoretyczny, wedle zasady: Jak zorganizowałbym całkowicie nowy zbór gdzieś w „dżungli” i jak zdefiniowałbym jego kontakty z innymi zgromadzeniami – gdyby oczywiście ktoś powierzył mi takie zadanie. Jest przy tym więcej niż prawdopodobne, że taka sytuacja nigdy nie wystąpi.

* * *

Podstawowym zadaniem przy zakładaniu zboru byłoby zapewne stworzenie takiej struktury, która najprędzej reagowałaby na powiewy Bożej mocy. Duch jest jak wiatr. Trzeba mieć żagiel, który przekształci jego szum w konstruktywne działanie postępowe. Boży głos powinien też znaleźć w moim zborze odpowiedni rezonans. Należałoby zatem skupić się na stworzeniu takich narzędzi, które wzmacniają Słowo Boże oraz przetwarzają moc duchowego wiatru w siłę napędową. Im lepsza struktura zboru, tym lepiej słyszalny jest w niej głos Boży i tym mocniej duch z niego płynący skłania jego członków do pozytywnej i konstruktywnej aktywności.

Tworzenie takiej struktury należałoby zacząć od serca, od sedna, i stopniowo rozbudowywać ją na zewnątrz. Przy budowie Przybytku najpierw stawała Skrzynia Przymierza, a dopiero potem, we wszystkie cztery strony świata wokół niej rozbudowywał się najpierw Przybytek – na ogrodzeniu dziedzińca skończywszy, a potem obóz (4 Mojż. 10:33). Jezus zaczyna swoją budowę od przyjaźni – radosnej miłej społeczności ludzi skupionych wokół celu chwalenia Boga w duchu i w prawdzie, czyli w emocjonalnych przeżyciach kontrolowanych przez solidną wiedzę biblijną. Potem wyrasta z niej potrzeba rozbudowy organizacyjnej. Dopiero na koniec można myśleć o „płocie” i zdefiniowaniu obozu, czyli tych, co zostaną za ogrodzeniem. Bynajmniej nie mają być oni uznawani za wrogi „świat”, ale za braci „najmniejszych”, którym należy usługiwać.

Do takiej społeczności ludzi zaprzyjaźnionych w Bogu i Chrystusie przyjmowani byliby ci, którzy zdeklarowali swoją przynależność do jednego „mistycznego” ciała poprzez świadomy chrzest nawrócenia i odrodzenia w imię Jezusa. Należałoby jednak zadbać o to, by pozostali, niezdecydowani jeszcze na całkowite powierzenie swego życia w ręce Jezusa, czuli się w zgromadzeniu równie dobrze i ciepło jak inni – by w żadnym razie nie tworzyły się kasty młodocianych, nieochrzczonych, poświęconych, kleru. Nie powinien też być zauważalny podział na kobiety i mężczyzn. Wszyscy powinni czuć się absolutnie równi, powinni się modlić, o ile umieją i chcą, powinni uczestniczyć w rozważaniach, świadectwach, przygotowanych referatach, działalności, służbie itp. Jedyny wyjątek dla niezdeklarowanych stanowiłoby uczestniczenie w spożywaniu chleba i wina na okolicznościowej Wieczerzy Pańskiej oraz czynne i bierne prawo wyborcze do służby starszych i diakonów. Dla kobiet jedynym ograniczeniem byłoby nauczanie w autorytecie urzędu starszego. Dzieci członków zgromadzenia można by przyjmować do społeczności jak najwcześniej po urodzeniu, jako potomstwo poświęcone przez rodziców. Być może dobrze byłoby mieć jakiś specjalny rytuał poświęcenia (ale nie chrztu) takich dzieci przez rodziców. Lepiej byłoby nie prowadzić żadnych, nawet nieoficjalnych, list członkowskich. Także opłaty za salę czy jakieś inne datki na działalność powinny mieć anonimowy i niezobowiązujący charakter, tak by lewica nie wiedziała, co daruje prawica (Mat. 6:3).

Starszych i diakonów należałoby powoływać głosami świętych w miarę możliwości jednomyślnie lub po dyskusji przy milczącej zgodzie ewentualnych osób mających wątpliwości. Każdemu zdecydowanemu sprzeciwowi powinna towarzyszyć procedura strofowania przy udziale dwóch lub trzech świadków (1 Tym. 5:19) i podaniu do wiadomości przyczyn sprzeciwu. Powołani słudzy powinni być akceptowani, być może nawet przy użyciu gestu literalnego nałożenia rąk, przez wybranych już starszych czy ich przedstawicieli. Taka akceptacja winna być jednomyślna. W razie zdecydowanego sprzeciwu sprawę wyboru nowej osoby do służby lepiej byłoby odłożyć. Wybór mógłby być jednorazowy, aż do śmierci lub odwołania. Dobrze byłoby wprowadzić na początku odpowiednio długi okres próbny (1 Tym. 3:10,13), dający zborowi szansę zapoznania się z możliwościami nowego kandydata i jego nastawieniem do służby. Odwołanie kogoś ze służby musiałoby następować w trybie strofowania, a wniosek z poparciem dwóch osób powinien być przedstawiony zborowi, z możliwością obrony, i przegłosowany w miarę możliwości również jednomyślnie.

Osobom spoza zboru, pragnącym dołączyć się do społeczności, a w szczególności do udziału w spożywaniu Wieczerzy Pańskiej, można by zadać tylko dwa pytania: (1) Czy uznają ofiarę krwi Jezusa? (2) Czy oddali swe życie w chrzcie Bogu? Pozytywna odpowiedź pozwalałaby zaakceptować ich jako pełnoprawnych członków serdecznej społeczności. Starszym innych zgromadzeń, chcącym usłużyć w zgromadzeniu jakąś nauką można by udzielić takiego przywileju, a w razie zauważenia ducha niezgodnego z nauką Jezusa należałoby taką usługę poddać normalnej ocenie przez wyciągnięcie rąk świętych i w razie negatywnego wyniku zrezygnować z dalszego korzystania z nauczania przez taką osobę.

Z zasady należałoby uznawać, że poza własnym zgromadzeniem są jeszcze inni wierni naśladowcy Jezusa zgromadzający się w innych zborach. Jeśli wierzą w krew Jezusa i praktykują chrzest uświęcenia, można uznać, że są braćmi Jezusa na równi z nami. Nie trzeba by przy tym stawiać żadnych wymogów teologicznych, z tym że warto byłoby zachować pewną dozę ostrożności, mając świadomość, jak wiele jest rozmaitych błędnych obyczajów i poglądów wśród chrześcijan, które w sumie czasami sprawiają, że nić porozumienia bardzo łatwo się zrywa – oni nie uznają nas, my mamy trudność z uznaniem ich. Jeśli jednak ktoś pragnąłby czuć się moim bratem i siostrą, chętnie bym go za takowego uznawał. Uznawałbym chrzty i wybory takich osób, dopóki nie stwierdziłbym, że ich obyczaje czy nauczanie stoją w jawnej sprzeczności z moim pojmowaniem szczerości ducha i prawdy Jezusa.

Z zasady należałoby też unikać tworzenia organizacji ponadzborowych. Lepiej byłoby wiązać się z innymi zgromadzeniami tylko na zasadzie osobistych znajomości, zażyłości, wspólnego działania, podobnych przekonań. Takich więzów nie trzeba formalizować. Gdyby było to wymagane przez prawo, można by ewentualnie dla uproszczenia wybrać jednego wspólnego przedstawiciela, z zastrzeżeniem, że nie posiada on żadnych innych uprawnień, jak tylko służebne reprezentowanie społeczności, bez prawa podejmowania za nią jakichkolwiek decyzji. Dobrze byłoby też odpowiednio często, np. rotacyjnie wśród starszych różnych zgromadzeń, go zmieniać. Gdyby zaistniała potrzeba formalnego zarejestrowania jakiegoś rodzaju działalności, jak np. wydawnictwa, to instytucja taka powinna ograniczać się wyłącznie do działań, do których została powołana i być zarządzania przez osoby w niej pracujące niezależnie od zgromadzeń. Zgromadzenia nie miałyby obowiązku korzystania z takiej usługi.

Ogólnie warto by się w zborze nad każdą pojedynczą sprawą zastanawiać oddzielnie, nie ułatwiając sobie życia przez tworzenie „prawa kanonicznego”. Podobnie też nie należałoby zastępować procesu dochodzenia do prawdy przez ustanawianie dogmatów gotowych do przyjęcia. Również tradycja powinna służyć jako skarbnica dobrych pomysłów, a nie obowiązujący wszystkich obyczaj. Marzyłoby mi się zgromadzenie całkowicie obywające się bez dogmatów, prawa kanonicznego i tradycji.

Tyle teorii... Miło jest trochę pomarzyć. Chociaż? Nie wszystko z tego, co powyżej opisałem, jest aż tak nierealne. Wiele z tych postulatów można z powodzeniem realizować w ramach opisanych w poprzednich odcinkach struktur zborowych, zwłaszcza tych, które zachowały jeszcze jakąś część kongregacjonalnego ustroju pierwotnego. Nie chodzi przy tym o to, by cokolwiek postulować, narzucać innym, protestować, walczyć. Wystarczy po prostu w cichości i pokorze realizować swoje uzasadnione duchowe potrzeby, a w razie sprzeciwu sprawdzać, z czego można zrezygnować, a co należy zachować, nawet jeśli wywołuje to pewne niepokoje. Takie napięcia, o ile nie są zbyt gwałtowne, mogą być bardzo konstruktywne i prowadzić do otwartej rozmowy na ważne tematy. Niekiedy nawet porażka, jakiś zakaz, odnosi znaczny skutek, gdyż wywołuje odruch refleksji w dużej części społeczności.

Przedstawionych powyżej tez nie będę już wyliczał. Trudno byłoby mi ująć swoje marzenia w punktach. Zakończę jedynie życzeniem, by wszyscy, którzy tego pragną i do tego dążą, znaleźli się jako zwycięzcy w jednym i jedynym Kościele Bożym, który usłuży całej ludzkości wypracowywaną obecnie umiejętnością okazywania innym ludziom szacunku, wyrozumiałości, pokory, miłości oraz tworzenia drogi rzeczywistego pokoju i pojednania między ludźmi. I niech Bóg swoją mocą sprawi, by to w ogóle stało się dla nas słabych i ułomnych ludzi możliwe.

Udostępnij...

O Autorze

Daniel Kaleta

Komentarze (22)

  • Andrzej Sz

    Andrzej Sz

    20 listopada 2016 o 22:30 |
    Od pewnego czasu z dużym zainteresowaniem czytam cykl artykułów o funkcjonowaniu zborów. Jak mawia klasyk "człowieka poznaje się po czynach a nie po słowach". Mam nadzieję, że każdy kto się zgadza z Danielem konsekwentnie zaproponuje bezterminową kadencję oraz zastosuje w praktyce poniższe zalecenia: „Starszych i diakonów należałoby powoływać głosami świętych w miarę możliwości jednomyślnie lub po dyskusji przy milczącej zgodzie ewentualnych osób mających wątpliwości. Każdemu zdecydowanemu sprzeciwowi powinna towarzyszyć procedura strofowania przy udziale dwóch lub trzech świadków (1 Tym. 5:19) i podaniu do wiadomości przyczyn sprzeciwu.(…) Wybór mógłby być jednorazowy, aż do śmierci lub odwołania. Dobrze byłoby wprowadzić na początku odpowiednio długi okres próbny (1 Tym. 3:10,13), dający zborowi szansę zapoznania się z możliwościami nowego kandydata i jego nastawieniem do służby. Odwołanie kogoś ze służby musiałoby następować w trybie strofowania, a wniosek z poparciem dwóch osób powinien być przedstawiony zborowi, z możliwością obrony, i przegłosowany w miarę możliwości również jednomyślnie.”
    Wprowadzenie w życie powyższych punktów będzie o tyle proste, że wkrótce w zborach odbędą się wybory.
  • Ela Dziewońska

    Ela Dziewońska

    19 listopada 2016 o 16:08 |
    Już w dzieciństwie, czyli dość dawno temu, uczono mnie, że zbór jest najważniejszy "tak, jak w pierwotnym kościele", że to przede wszystkim odróżnia nas od innych organizacji. I byłam z tego dumna. Dziękuję, Danielu, za wiele Twoich mądrych słów, jak choćby te, które przypominam sobie, kiedy z obawami wyjeżdżam samochodem na zatłoczoną drogę: trzeba zakładać, że wszyscy użytkownicy chcą bezpiecznie dojechać do celu. I mam nadzieję, że "do portu zamierzonego" też tak chcemy dotrzeć.
  • Marek Honkisz

    Marek Honkisz

    17 listopada 2016 o 22:32 |
    Dobrze, że pojawił się taki cykl, dobrze byłoby kontynuować dyskusję, bo jeśli nie będziemy mieli wizji jak nasz zbór czy społeczność ma wyglądać, to trudno będzie coś zmienić - warto obrać jakiś kurs. Myślę nawet, że nie od rzeczy byłoby zorganizować spotkanie w tym temacie :). Co do samego cyklu to mam kilka uwag, ale może uda mi się je zawrzeć w jakiejś dłuższej samodzielnej formie. Jednak ciekawe jest to, że pomimo, że nigdy z autorem nie wymieniałem poglądów w tym temacie, to jednak wnioski mamy podobne. Może jest za to odpowiedzialne jakieś dziedzictwo “chórowe”, w każdym razie w naszym zborze większość z postulatów zawartych w tekście realizujemy. Zrezygnowaliśmy z kadencyjności, jak na razie staramy się podejmować decyzje raczej dyskusją niż głosowaniem, zastosowaliśmy nakładanie rąk, jesteśmy zborem formalnie niezależnym, więc siłą rzeczy powiedzieć można kongregacjonalnym, jesteśmy otwarci na pokrewne społeczności, również jeśli chodzi o usługę, jeśli chodzi o podziały wg. Płci, chrztu itd to funkcjonujemy jak w powyższym tekście. Największym wyzwaniem z tu wspomnianych jest budowanie serdecznej społeczności i na tym polu mamy jednak pewne sukcesy :), chlubię się tu nie tylko dla próżnej chwały, ale żeby pokazać, że można w ten sposób funkcjonować i uważam, że całkiem dobrze. Zmiana jest możliwa, tylko trzeba zacząć o niej rozmawiać. Dzięki Danielu za teksty!
  • Dyzio

    Dyzio

    15 listopada 2016 o 16:45 |
    Od wielu lat próbujemy te wszystkie zasady wprowadzać w naszym Zborze. Materia niestety jest niezwykle oporna. Przyzwyczajenia to druga nasza natura. Nie lubimy zmian, szczególnie gdy wydają się "rewolucyjne" i wtedy największym argumentem na nie - jest stwierdzenie: " co inni powiedzą". Od kilkunastu lat wybieramy siostry diakonisy i jakoś świat się nie zawalił :) Problemem w zrozumieniu tego co jest biblijna normą jest też obawa przed znieważeniem autorytetu pastora R. Nie zdajemy sobie sprawy dlaczego nasz ustrój jest taki a nie inny a to co jest teraz nie do końca odpowiada normom Biblii . Nie bójmy się dobrych zmian, nie bójmy się tych którzy się im sprzeciwiają ale tłumaczmy, przekonujmy, pokazujmy dobre przykłady w Księdze a wierzę że chociaż trochę zbliżymy się do ideału!! Danielu, powiem przekornie: to co napisałeś to nic nowego i odkrywczego ale dla wielu to być może trzęsienie ziemi!!! Róbmy to, działajmy ale zawsze z Biblią I Najwyższym!!!
    • Daniel

      Daniel

      15 listopada 2016 o 22:02 |
      jak dla mnie to jest jedynie (albo aż) powrót do pierwowzoru zapisanego w Biblii, na który zresztą tak chętnie się powołujemy, ale gdy jest to dla nas wygodne, bo w kwestiach organizacyjnych które odbiegają od tego pierwowzoru zawsze znajdziemy sobie wytłumaczenie, niekoniecznie biblijne (chociażby kadencyjność, wspomniane diakonisy czy uczynienia z diakonatu swoistego przedsionka do starszeństwa, itp.), ale cieszę się że powoli w naszym zborze to się zmienia i mam nadzieję, że dalej będzie to szło w dobrym kierunku, dlatego też myślę, że może to nie jest do końca tylko marzenie, ale od nas wszystkich i Pana Boga zależy czy ono będzie mogło się zrealizować.
      Tymczasem starajmy się usilnie, aby dążyć do takich zmian, które przybliżałyby nas do Boga... a to w jaki sposób funkcjonujemy jest jednym z czynników, który też na to wpływa...
  • Kamila Masiak

    Kamila Masiak

    15 listopada 2016 o 16:44 |
    W zasadzie mam trochę inny obraz Zboru. Chodzi mi głównie o samą strukturę organizacyjną. Kilka rzeczy zrobiłabym inaczej. I nie chce pisać o tym, jak bym je zrobiła ale bardziej o tym, że w ogóle nie martwi mnie ta inna wizja, jeśli skonfrontuje ją z tym, co pisze Autor. A nie martwi mnie to z tego względu, że jestem przekonana, że mimo odmiennych wizji po prostu byśmy się dogadali (oczywiście zakładam, że wszelkie decyzje byłyby rozsądne, racjonalne i w oparciu o Słowo Boże). Mam nieodparte wrażenie, że wyczuwam intencje, motywacje oraz wartości, które kierują Bratem Danielem w budowaniu takiego, a nie innego obrazu. I wiem, że istota, sedno, esencja tej wizji jest o wiele większa i głębsza niż kwestie organizacyjne. Mam nadzieję, że gdyby przyszło nam budować razem wspomniany zbór w „dżungli” to wyższe cele po prostu pomogłyby nam się dogadać. Dziękuję za teksty, które skłaniają do refleksji.
    PS. Po prostu nie mogę nie odnieść się do tego, co napisał Daniel Iwaniak, bo w kwestii naszej społeczności chóralnej myślę dokładnie to samo. I tak naprawdę zostaje mi tylko podziękować za to, że Sela wychowała członków Syloe, którzy stworzyli dla nas tą społeczność. I chyba na tym muszę skończyć, bo inaczej zrobiłoby się zbyt patetycznie, a tego nie lubię :)
    • Piotr Kubic

      Piotr Kubic

      19 listopada 2016 o 15:59 |
      Kamila, fajnie piszesz :)

      „nie martwi mnie to z tego względu, że jestem przekonana, że mimo odmiennych wizji po prostu byśmy się dogadali”

      „istota, sedno, esencja tej wizji jest o wiele większa i głębsza niż kwestie organizacyjne”, „wyższe cele po prostu pomogłyby nam się dogadać”

      Myślę, że wizja przedstawiona w tym tekście pozostawia wiele wolności, do kształtowania poszczególnych mniejszych społeczności.
    • Janek

      Janek

      15 listopada 2016 o 18:17 |
      Hej Kamila,

      Jestem ciekawy Twojej wizji :)

      A co do serii artykułów, to były to te z kategorii, gdy przy spotkaniach ze znajomymi, rodzina i przyjaciółmi wymienialiśmy się uwagami "czy czytałeś już ostatni artykuł Daniela". Dobrze mieć takie wnioski zebrane w jednym miejscu.
  • Michał Sochacki

    Michał Sochacki

    14 listopada 2016 o 21:31 |
    Bardzo inspirujące teksty.
    Warto moim zdaniem przemyśleć zasadę wyboru starszych i diakonów.
    "Starszych i diakonów należałoby powoływać głosami świętych w miarę możliwości jednomyślnie lub po dyskusji przy milczącej zgodzie ewentualnych osób mających wątpliwości. Każdemu zdecydowanemu sprzeciwowi powinna towarzyszyć procedura strofowania przy udziale dwóch lub trzech świadków (1 Tym. 5:19) i podaniu do wiadomości przyczyn sprzeciwu"
    Taka procedura jest dowodem niezwykłej dojrzałości zboru a jednocześnie bardzo oczyszcza zbór od przeciągających się czasem latami niewyjaśnionych sytuacji.
    Warto też przypominać, że starszy jest sługą Pańskim i musi wiedzieć co ma robić, bo to na nim spoczywa ciężar podejmowania decyzji, nie może tylko czekać na to co mu każe robić zbór.
    Dziękuję Danielu. Myślę, że te teksty będą mi bardzo pomocne w najbliższym czasie.
  • Maciej Nawrocki

    Maciej Nawrocki

    14 listopada 2016 o 19:51 |
    Dziękuje za prace włożoną w to opracowanie- myślę że pomogło nie tylko mi ale i wielu innym szukającym odpowiedzi ludziom. Pozdrawiam
  • Romek

    Romek

    14 listopada 2016 o 18:46 |
    Powiem przewrotnie.
    Większość tutaj komentujących spodziewała się i OCZEKIWAŁA właśnie TAKIEGO podsumowania cyklu. Jest to naturalne oczekiwanie. Oczywiście, jak w swoim opracowaniu ujął Daniel są różne wizje i wyobrażenia społeczności zboru. Niemniej, jako WOLNI badacze Biblii, własnie takie mamy wyobrażenie naszych społeczności. Czy wszystko we wszystkich naszych zborach podoba nam się? Pewnie nie, niemniej nie upoważnia nas to do akceptacji i "klepnięcia" tego co mozemy zobaczyć na horyzoncie i pogodzenia się z rzeczywistością.
    Smutne, (lub i nie) jest to, że nie znalazł się ani jeden głos (póki co) negujący wizję Daniela.
    Nie ma takich? Są nieśmiali? Niepewni swoich racji?
    Wierzę, że członkowie zborów chcą budowania w miłości społeczności tak lokalnej jak i szerszej, w ramach większej społeczności. "Kto nie przeciwko nam, ten z nami"
  • Krzysztof Nawrocki

    Krzysztof Nawrocki

    14 listopada 2016 o 11:59 |
    Z niecierpliwością czekałem na 'komplet' tekstów. Dziękuję Ci, Danielu, za te rozważania - uświadomiły mi one, jak bardzo niewiele w sumie trzeba, by te 'marzenia', o których piszesz stały się codzienną praktyką 'unoszącą ducha z doczesności' (że pozwolę sobie na drobny akcent muzyczny) ;).
    Także myślę, że jest możliwe wspólne dążenie do Prawdy i Dobra z wyrozumiałością, szacunkiem i miłością dla drugiego brata, który przecież zawsze będzie się różnił ode mnie, ale któremu chcę ufać, że dąży w tym samym, co i ja kierunku. Choć przecież możemy być na rożnych etapach naszego życia z Bogiem, nieco inaczej sobie przybliżać Jego Majestat i Jego plany na przyszłość, mimo to ufam, że słowo 'brat w Chrystusie' nie jest w zborowej praktyce jedynie zastępnikiem dla "proszę pana" i COŚ dla mnie/dla nas znaczy.
    Nawet jeśli do samego końca jakieś różnice pozostaną, jakoś nie obawiam się ich, bo wierzę że jeśli w swojej drodze za Chrystusem 'przegapiam' coś ważnego, Bóg ma moc mi to pokazać (Filip. 3:15), a On ma swoje sposoby i narzędzia by tego dokonać... Ma też moc pokazać mojemu bratu (skądinąd 'cudzemu słudze' a nie mojemu) ważne dla niego aspekty, na które być może dotąd nie zwracał należytej uwagi... Obyśmy więc starali się być takimi 'Bożymi narzędziami' by w duchu cichości i miłości kształtować się wzajemnie i okazywać sobie troskę i szacunek. Czy to tak wiele?
    Więc dziękuję Ci, Danielu, za inspirację tymi tekstami i obudzenie we mnie tymi rozważaniami wiary, że może jednak nie wszystkie marzenia muszę koniecznie wkładać 'między bajki', i że to co napisałeś nie jest jedynie 'suchą teorią zborowego życia'... Najtrudniejszym elementem jest tu jednak to, że Pan Bóg raczej nie uczyni spektakularnego cudu i to, jak jest i jak będzie jest uzależnione od mojej, Twojej, naszej ciężkiej pracy - w pierwszej kolejności nad sobą samym, by pozbywać się nadmiaru pychy i byśmy w 'świętych obcowaniu' zawsze wiedzieli, 'jakimi mamy być' i gdzie stawiać akcenty w rozwoju naszego ducha... Tak indywidualnie, jak i w społeczności.
  • Daniel Iwaniak

    Daniel Iwaniak

    13 listopada 2016 o 22:24 |
    Danielu, piękne dzięki za ten cykl i za ten ostatni tekst. Ta ostatnia wypowiedź wywołała we mnie trzy uczucia. Pierwsze to zachwyt. Na jednej stronie stanęły obok siebie harmonijnie usytuowane, ułożone we właściwych proporcjach wszystkie najpiękniejsze elementy społeczności ludzi wierzących. Poczułem się jak w cudnym ogrodzie urzekającym różnorodnością barw, zapachów, kształtów. Uczucie drugie to żałość. Żałość, że to tylko marzenie - jak sam o tym piszesz. A ja chciałbym, by marzenie się spełniło i nie mogę się pogodzić z jego nierealnością. Przecież szukanie Królestwa Bożego to właśnie pogoń za marzeniem. Ale czy rzeczywiście niepoprawnym idealizmem jest wiara w społeczność opartą na wzajemnym szacunku, wolności i skromnym uniżeniu wobec Biblii, jej wszystkich nakazów i pouczeń? Nie! Wrażenie trzecie - ja przecież takiej społeczności doświadczyłem. Na to, kim dziś jestem, na moją wiarę przekonania i wartości ogromny wpływ miało przebywanie w społeczności chóru Sela. Choć nie był to formalnie zbór, ale z pewnością była to społeczność. Społeczność wierzących, która wychowywała i rozwijała - chyba nie tylko mnie. Nie chciałbym idealizować tego czasu, bo i wtedy zawieruchy się zdarzały, ale mam ważenie, że tam, wtedy "wiało" tym samym duchem, którym tchnie też, Danielu, Twój tekst... To nie były tylko marzenia. To była realność mojego życia. Mam jeszcze jeden dowód, że taka społeczność nie jest tylko iluzją. Kolejna społeczność chóralna - Syloe - chyba wyrosła z tych samych wartości. Daje mi poczucie szczerych głębokich więzi opartych na autentycznej wspólnocie wiary i zbieżnym rozumieniu pobożności i sposobów realizacji służby Bożej. Nie żeby nie było różnic i naprawdę trudnych sytuacji, ale sposoby radzenia sobie z nimi są dla mnie właściwe.
    (Nie wspominam tu o moim zborze, bo jest to grupa dość duża i ze względu na rozmaitość podejść jesteśmy raczej w drodze do wypracowywania wspólnoty.)
    • dak

      dak

      16 listopada 2016 o 08:09 |
      Chyba jednak jestem umiarkowanym pesymistą. Zdaje mi się, że droga, którą wybrał dla nas Adam, z konieczności oznacza zakosztowanie zła za cenę poznania dobra. Powiedziałbym, że połeczność chóralna różni się od zboru tak, jak różni się koleżanka z pracy od żony. Ponieważ nie masz względem tej pierwszej większych zobowiązań, to jej zachowanie aż tak cię nie irytuje. Częściej zdobywasz się na elegancję i wyrozumiałość, bo wiesz, że to (na ogół) nie rodzi ani oczekiwań, ani konsekwencji. A co by było, gdyby żona była jednocześnie koleżanką w pracy?... :)
      • Daniel Iwaniak

        Daniel Iwaniak

        16 listopada 2016 o 10:48 |
        Z pewnością masz dużo racji. Jest jeszcze jedna rzecz do przemyślenia. To zagadnienie zajmuje mi ostatnio trochę myśli. Jest jeszcze jedna różnica między społecznością chóralną, a społecznością zborową. Do chóru trafiają ludzie z własnego wyboru. Kierują się tam, bo odpowiada im profil działania, a przynajmniej to co przyciąga jest silniejsze niż to co odpycha. Tym, co przyciąga mogą być różne rzeczy: muzyka, sposób prowadzenia nabożeństw czy choćby towarzystwo. Nadal jednak uczestnictwo w chórze to osobista decyzja. Mało kto "rodzi się" w społeczności chóralnej, jest przez nią wychowywany z oczekiwaniem, że pozostanie tu do końca życia. Mimo swoich niewątpliwych i niezaprzeczalnych minusów, społeczność chóralna ma jednak tę cechę, że gromadzi ludzi wokół jakiejś swojej idei. Mam wrażenie, że w przypadku zboru sytuacja nie jest aż tak przejrzysta. Jest bowiem znacznie więcej czynników, które sprawiają, że siadamy obok siebie w każdą niedzielę.. Wśród nich szczególnie silne są związki rodzinne. Nie bez znaczenia są elementy historyczne (sentymentalne) czy geograficzne ( mogę spotykać się cotygodniowo głównie z osobami z mojej okolicy - jakkolwiek okolicy by nie definiować). Moje pytanie ostatnio zasadza się na tym ile z tego co mnie przyciąga do zboru to czynnik "plemienne", sentymentalne, ludzkie, a ile to rzeczywista wspólnota idei chrześcijańskiej. Wiem, że w moim życiu czynniki z jednej i drugiej kategorii będą się mieszały, ale chciałbym jednak by instynkt lojalności "plemiennej" nie zdominował moich prawdziwych motywacji. Myślę, ze wszyscy bez względu na podejście i poglądy mają potrzebę tej elementarnej uczciwości i poczucia, że w zborze łączny nas jakaś wyższa idea. Chcemy by także zbór był naszym szczerym, duchowym wyborem. Wracam, więc do mojego głównego pytania i przedmiotu rozmyślań: czy zborze jest wystarczająco dużo idei (i to idei łączącej).

        Twoje porównanie z koleżanką i żoną jest dość zgrabne i chyba trafione. Prowadząc je dalej chciałbym stwierdzić, że małżeństwa i żony bywają różne. Ponieważ chciałbym być umiarkowanym optymistą (na dziś jestem raczej po twojej stronie oświeconego pesymizmu), wierzę, że dobra żona naturalnie neutralizuje ewentualne nadmierne uroki koleżanki i sprowadza je do naturalnego, sympatycznego wymiaru.
        Mam bardzo fajną żonę - literalnie. Dlatego marzę o takim samym spełnieniu także w naszych nie-alegorycznych znaczeniach. (Widzę jak moi chóralni przyjaciele mocno pracują w zborach, w których są. Chcą by "żony" były jak najlepsze :) )
        • dak

          dak

          17 listopada 2016 o 09:04 |
          Bardzo ciekawe kwestie poruszyłeś, które wymagałyby oddzielnego opracowania. Ja jestem chyba jednak zwolennikiem geograficznej definicji zboru. W moim zgromadzeniu jestem nie dlatego, że bardziej mi się od innych podobało, tylko było najbliższe mojego miejsca pracy i zamieszkania. Ale idąc dalej, tropem Twoich myśli, zastanawiam się, czy nie byłaby teoretycznie możliwa taka sytuacja, że gdyby zborów byłoby więcej i każdy z natury "specjalizował się" w innej dziedzinie, to wolałbym być tam, gdzie mi z moimi talentami bliżej duchowo. Gdyby jedni bardziej skupiali się na działalności charytatywnej (piękna rzecz), inni na głoszeniu ewangelii (bardzo ważne), a inni jeszcze na rozwijaniu wiedzy biblijnej i usługiwaniu nią tamtym dwom, to ja pewnie znalazłbym się w tym trzecim :) Czyli może być teoretycznie jakieś dodatkowe kryterium oprócz geograficznego.
          • Krystian Dąbek

            Krystian Dąbek

            20 listopada 2016 o 23:55 |
            Danielu,
            Bardzo dziękuję za Twoje teksty i przemyślenia. Chciałbym aby społeczność Twojego zboru pomagała pielęgnować w Tobie entuzjazm i "specjalizację" w rozwijaniu wiedzy biblijnej i usługiwaniu innym zborom (czasem odległym nawet o klika set / kilka tysięcy kilometrów). W Kościele Bożym jest tak wiele różnej pracy do wykonania, tak więc potrzebnych jest wiele gorliwych osób, które dołożą swój kamyk do tej pięknej budowli. Twoje przemyślenia inspirują, pouczają, często zmuszają do refleksji a czasem prowokują do marzeń... i zdecydowanie motywują do nieustannego "szukania Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego". Marzeniem jest aby Królestwo Boże nastało szybko i stało się naszym udziałem - tam myślę, że nadal będzie wiele różnych talentów potrzebnych, i każdy z nich będzie właściwie wykorzystywany.
    • Dyzio

      Dyzio

      15 listopada 2016 o 18:07 |
      "Aby osiągnąć wspaniałe rzeczy musimy marzyć tak dobrze, jak działać." - Anatole France. Myślę, że ten cytat jest dobrą kwintesencją tego co napisałeś. Niestety zawsze jest też tak, że ktoś nie rozumie Twoich marzeń albo ma zupełnie inne.... Nie raz mam też przeświadczenie, że inaczej nie tylko odczytujemy Słowo ale rościmy sobie prawo do jedynej interpretacji... Nie wiem dlaczego też boimy się inności ale ta inność nie jest przecież wroga a w oczach drugich taką się staje. Można tez zapytać, dlaczego ktoś poczuwa się do obrony jedynej racji?? Zapominamy, ze tak na prawdę niezmienne jest: Jeden Bóg, jedna wiara, jeden chrzest... Rozumiem, ze są to być może hasła ale dla ap. Pawła to była treść, żywa treść i nie miał z nimi problemu. Marzenia są po to aby się spełniały: "Zaprawdę, powiadam wam: Kto powie tej górze: Podnieś się i rzuć się w morze!, a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie." Przepraszam, że nie na temat
  • Piotr Kubic

    Piotr Kubic

    11 listopada 2016 o 22:57 |
    Przedstawiona tu wizja jest mi bardzo bliska, nie widzę niczego, co mógłbym do niej dodać :)
  • Pawel

    Pawel

    11 listopada 2016 o 22:35 |
    "Wystarczy po prostu w cichości i pokorze realizować swoje uzasadnione duchowe potrzeby..."

    Amen
  • Daniel

    Daniel

    11 listopada 2016 o 19:57 |
    o takim zborze też marzę...
    • Erast Czekalski

      Erast Czekalski

      12 listopada 2016 o 18:47 |
      A ja tak mniej więcej sobie wymarzyłem Społeczność, przed przystąpieniem do Zboru. I choć nie wszystko się spełniło, kocham tę Społeczność, bo czuję się w niej jak w rodzinie. W cielesnej rodzinie też nie zawsze jest wszystko idealne, jednak jest ona zawsze wszystkim dla jej członków. Z wyłączeniem patologii, ale takowej w naszej Społeczności nie dostrzegam. Dostrzegam natomiast i fizycznie na sobie odczuwam, obietnicę Pana Jezusa daną w Marka 10:29-30.

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.