Jak Ronaldo i Messi w piłkę kopali

Autor tekstu - Łukasz Miller | Data publikacji - piątek, 14 sierpnia 2015 | Obszar - na Południe

Jak Ronaldo i Messi w piłkę kopali

fot. Magdalena Dąbek

Świat kibiców piłkarskich jest podzielony na dwa obozy: fanów Lionela Messi oraz Cristiana Ronaldo. Obaj są gwiazdami tego samego formatu i osiągnęli niemalże wszystko, co można w footballu osiągnąć, dlatego dyskusja między fanami, kto wiedzie prym, opiera się nie na sukcesie jaki osiągnęli bądź wynikach jakie mają na koniec sezonu, ale na drodze jaką musieli przebyć, by stać na piedestale światowej piłki nożnej.

O Messim mówi się, że gra w piłkę jak bóg. Doskonałość w każdym calu. Jego fani mówią jednym tchem: dostał dar od Boga. Urodził się z tym pierwiastkiem i nie zmarnował szansy jaką dał mu los. Jego zagrania boiskowe przypisuje się nadnaturalnym zdolnościom, a takiego poziomu kunsztu i wirtuozerii dryblingu próżno szukać u innych – no chyba, że mówimy tu o Ronaldzie. Ronaldo również wzbudza ponad naturalny zachwyt swą grą. Jego zagrania również są niesamowite i trudno znaleźć klub piłkarski, którego trenerzy tego stylu gry by uczyli. Jednak poziom umiejętności, jaki uzyskał nie jest skutkiem „błogosławieństwa samego Boga”, ale ciężkiej pracy i determinacji. O Portugalczyku nie mówi się, że dostał dar. Ma talent, to prawda, ale tylko upór, treningi, ciężka praca i masa wyrzeczeń spowodowały to, że jest tu gdzie jest.

Spór trwa od lat i nigdy się nie zakończy. Chociaż nie jestem zagorzałym fanem piłkarskim, to świetnie czuję się w dyskusjach tego typu przenosząc je na realia chrześcijaństwa. Wierzący dzielą się właśnie na takie dwie grupy: tych, co zbawieni są z łaski i tych, którzy chcą zapracować na zbawienie. Ci co mówią o zbawieniu z łaski mówią, że wiara w Jezusa zbawia (i mają rację), ci którzy chcą zapracować na zbawienie, mówią, że wiara bez uczynków jest martwa (i też mają rację). Więc kto się myli? Prawda jest pośrodku – czyli nic nowego.

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił (Ef 2:8-9) Wyrwanie tych słów z kontekstu powoduje, że naprawdę nic, ale to kompletnie nic nie możemy zrobić, by wpłynąć na Bożą decyzję, co do naszego zbawienia. Jedyne co nam pozostaje to przeżyć życie na konsumpcji Bożych błogosławieństw. Jeśli jednak przeczytamy ciut dalej: Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili (Ef 2:10), to cała koncepcja obraca się w kupę gruzu, bo nagle okazuje się, że te uczynki mają jakieś znaczenie. Uczynki były zawsze i będą zawsze w naszym życiu. Ale to co robimy i myślimy może mieć inne znaczenie i wymiar. Zakon pełen uczynków, nie mógł przyprowadzić do zbawienia – w rozumieniu zapracowania na nie. I to, czego człowiek nie mógł przeskoczyć, zrobił za nas Bóg, ofiarując swego Syna: Co bowiem było niemożliwe dla Prawa, ponieważ ciałoczyniło je bezsilnym, [tego dokonał Bóg]. On to zesłał Syna swego w ciele podobnym do ciała grzesznego i dla [usunięcia] grzechu wydał w tym ciele wyrok potępiający grzech, aby to, co nakazuje Prawo, wypełniło się w nas, o ile postępujemy nie według ciała, ale według Ducha (Rz 8:3-4). Przekleństwem zakonu było to, że człowiek nie mógł go wypełnić. Przekleństwo zostało usunięte, ponieważ Jezus go wypełnił. Jaka w tym wszystkim jest nasza rola?

Ani bycie chrześcijańskim Messim, ani bycie chrześcijańskim Ronaldem nie daje pożądanego rezultatu zbawienia. Bóg chce, aby wszyscy byli zbawieni (1 Tm 2:4) i pomoże nam w osiągnięciu tego celu. Pierwszym krokiem jaki uczynił było posłanie Jezusa na śmierć, ale to nie jest Jego ostatnie słowo. W każdej chwili, sytuacji jest z nami, jeśli pozwolimy Mu, aby był: Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania abyście mogli przetrwać (1 Kor 10:13). Jednak i tak to my musimy zacząć. Wyjść na boisko życia i trenować. Dar od Boga jest taki, że tam gdzie nie wytrzymamy, gdzie popełnimy błąd, Jezus uzupełni nasze braki. Ale „uzupełni braki”, a nie „zrobi wszystko za nas”.

Trzeba próbować. Trenować i starać się. Trening czyni mistrzem… Możemy odpuścić i wszystko tłumaczyć sobie Bożą miłością, szantażując trochę Boga i robiąc sobie z Jezusa zakładnika naszych słabości. Ale Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne (Ga 6:8). Bądźmy zatem duchowi, myśląc o tym co duchowe i postępując jako ludzie duchowi. Tak jak w czasach Zakonu Mojżesza, każdy miał obowiązek złożyć Bogu dar, tak też w czasach Zakonu Jezusa, taka ofiara ma być składana. Zwykle „Halelluja” to zdecydowanie za mało.

Udostępnij...

O Autorze

Łukasz Miller