Jest Chrystus – jest impreza

Autor tekstu - Łukasz Miller | Data publikacji - piątek, 12 lutego 2016 | Obszar - na Południe

Jest Chrystus – jest impreza
fot. Małgorzata Kubic

W kulturze Zachodu (głównie w filmach, polityce) religia jest wszechobecna. Częste odwołania do chrześcijaństwa w przeróżnych okazjach pokazują jaki ci ludzie mają stosunek do wiary. Po tych wypowiedziach – które często są pojedynczym wtrąceniem w kontekst – widać, że wartości chrześcijańskie są dla nich cenne, a Bóg jest dla nich inspiracją w wielu życiowych i zawodowych decyzjach.

Nie bierze się to znikąd. Przecież w Stanach – kraju dużych swobód obywatelskich – jest mnóstwo kościołów, które prężnie działają, są widoczne i rozpoznawalne, a o ubywaniu wiernych (mimo, że ciągle powstają nowe) nie ma mowy! Bardzo religijni ludzie, bardzo dużo kościołów – tylko dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

W USA najwięcej jest protestantów, ale o ile statystki dotyczące religii są zadowalające, o tyle wskaźnik przestępstw już nie. Nie chcę przez to powiedzieć, że tam tej przemocy być nie powinno, bo nagle wszyscy są święci, ale skoro tak często ludzie odnoszą się do Boga, to czemu tego nie widać w ich postępowaniu? Dla przykładu: politycy, którzy swoje fundamenty opierają na Bogu, nie mają problemu z tym by wywoływać/prowadzić wojny.

A zatem powinno się akcentować nie ilość chrześcijan, ale ich jakość.

Skąd bierze się ten rozdźwięk między słowami a postępowaniem? W moim przekonaniu z metody działania współczesnych wspólnot chrześcijańskich, które zamiast nawoływać do stosowania ich standardów, zmieniają retorykę i wprowadzają standardy "ulicy". Generalizując – choć nie wydaje mi się, abym mówił o wyjątkach – wiele wspólnot buduje sale gimnastyczne, stołówki, lokalne domy kultury, place zabaw, organizuje czas lokalnej społeczności. A przy okazji (w tym kontekście 'słowo klucz') zaprasza na niedzielne nabożeństwo. Absolutnie nie potępiam żadnego z tych działań prospołecznych. Zwracam tylko uwagę na akcenty; mówiąc brzydko: co jest wabikiem – wspólnie spędzony czas na zabawie, czy słowa Jezusa?

Ciekawym przykładem jest dla mnie pobyt Filipa w Samarii (Dzieje Ap. 8:4-25) i nawrócenie się Szymona Czarnoksiężnika ze względu na działalność Filipa. Ogólnie przekaz historii jest pozytywny, jednak kiedy spojrzymy na kontekst, to dowiemy się, że: Pewien człowiek, imieniem Szymon, który dawniej zajmował się czarną magią, wprawiał w zdumienie lud Samarii i twierdził, że jest kimś niezwykłym.Poważali go wszyscy od najmniejszego do największego: Ten jest wielką mocą Bożą – mówili.A liczyli się z nim dlatego, że już od dość długiego czasu wprawiał ich w podziw swoimi magicznymi sztukami (DA 8:9-11). Szymon, był człowiekiem, który dzięki swoim umiejętnościom, był w centrum uwagi, wszyscy zachwycali się nim i tym co robi, a w konsekwencji miał duży autorytet u ludzi. Wydaje się, że każdy z nas mógłby zrobić krótki rys psychologiczny Szymona i chyba bylibyśmy zgodni, że skromność i pokora nie były jego udziałem.

O ile Szymon robił show, by lansować się wśród mieszkańców Samarii, o tyle Filip żadnych przedstawień nie robił, aczkolwiek pod wpływem Ducha czynił rzeczy niezwykłe, które znamy chociażby z opisów Ewangelii. W konsekwencji ludzie popadali w większe zdumienie wobec cudów Filipa, niż sztuczek Szymona. Lecz kiedy uwierzyli Filipowi, który nauczał o królestwie Bożym oraz o imieniu Jezusa Chrystusa, zarówno mężczyźni, jak i kobiety przyjmowali chrzest (DA 8:12).

W tym miejscu należałoby powiedzieć sobie, po co te cuda się pojawiły. Były one na świadectwo tych, którzy nieśli przesłanie Ewangelii. Taki autorytet posiadali apostołowie: Dowody [mojego] apostolstwa okazały się pośród was przez wielką cierpliwość, a także przez znaki i cuda, i przejawy mocy (1 Kor 12:12), a także Pan Jezus: Mężowie izraelscy, słuchajcie tego, co mówię: Jezusa Nazarejczyka, męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie (DA 2:22).

Jednak Szymon Czarnoksiężnik nie widział w cudach Filipa i płomiennych kazaniach tego diakona drogi do życia wiecznego. Dla niego owe niezwykłe rzeczy i uwaga słuchaczy były celem samym w sobie. I tego chciał Szymon za wszelką cenę. Taką ceną mógł być chrzest i nazywanie się chrześcijaninem – byciem członkiem wspólnoty. Weryfikacja stanu serca Szymona miała miejsce kiedy przybyli apostołowie i "rozdawali" Ducha Świętego: Kiedy Szymon ujrzał, że Apostołowie przez wkładanie rąk udzielali Ducha Świętego, przyniósł im pieniądze.Dajcie i mnie tę władzę – powiedział – aby każdy, na kogo włożę ręce, otrzymał Ducha Świętego. Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą – odpowiedział mu Piotr – gdyż sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze. Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo serce twoje nie jest prawe wobec Boga (DA 8:18-21).

To najlepiej oddaje, jaka jest droga tych, którzy przychodzą do kościoła, aby się najeść, napić i miło spędzić czas. Jeżeli chodzimy co niedzielę do kościoła, to w rzeczy samej będziemy mieli wiedzę, będziemy znali odpowiedzi na pewne pytania i... będziemy mieli przyjaciół. Ale jeśli nie będziemy tam uczęszczać, ze względu na Jezusa, który umarł za nas, jeśli to nie On będzie najważniejszy, to będziemy jak Szymon Czarnoksiężnik: wszystko będzie fajnie do momentu konfrontacji naszego serca z rzeczywistością. Jeżeli będziemy przeakcentowywać pewne składowe chrześcijańskiego życia – skupiając się na tych cielesnych, a zaniedbując te duchowe – to naszą obecność wśród chrześcijan będziemy mogli porównać do zapisania się do klubu szachowego – będziemy się rozwijać, ale nie w tym, co potrzebne do zbawienia.

Jednak to też nie jest tak, że nic się nie da już zrobić. A Szymon odpowiedział: Módlcie się za mną do Pana, aby nie spotkało mnie nic z tego, coście powiedzieli (DA 8:24).

Udostępnij...

O Autorze

Łukasz Miller

Komentarze (1)

  • dak

    dak

    20 lutego 2016 o 09:56 |
    "Ale jeśli nie będziemy tam uczęszczać, ze względu na Jezusa, który umarł za nas, jeśli to nie On będzie najważniejszy, to będziemy jak Szymon Czarnoksiężnik" – twarde słowa. Przyznam, że ja mam trudności z dokładnym określeniem, dlaczego jadę w niedzielę do zboru. Lubię spotkać się z przyjaciółmi. Nie widzę ich w ciągu tygodnia, tęsknię za nimi. Wiem, że oni też na mnie czekają. Cieszę się, że mogę uczynić niedzielę trochę odmiennym dniem od pozostałych. Lubię poczytać Biblię w dobrym towarzystwie. Wyobrażam sobie, że inni ludzie mogą mieć różne inne DODATKOWE motywacje. Pamiętam też etapy swojego rozwoju. Najpierw chodziłem do zboru, bo mnie tam zabierali rodzice. Potem już sam, żeby się spotkać z kolegami i koleżankami, potem żeby prowadzić intelektulne dysputy z przyjaciółmi. Dopiero na pewnym etapie zacząłem chodzić na spotkanie z Bogiem. Właśnie... nie wiem też, czy umiem zgodzić się ze stwierdzeniem, że to "ze względu na Jezusa, że On jest najważniejszy". Przy całym szacunku dla Jezusa, zgromadzenie jest kościołem Boga (1 Tym. 3:15), a Jezus jest w nim Arcykapłanem sam nas nauczał, że jest "tylko" drogą do Ojca. Chodzę do mojej "świątyni" dla Boga, a Jezus mi umożliwia służbę Bożą. Może to niuans, ale przy tak twardych ocenach, trzeba jednak dokładnie ważyć słowa.

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.