My, wy i oni

Autor tekstu - Daniel Kaleta | Data publikacji - piątek, 09 września 2016 | Obszar - na Południe

My, wy i oni
fot. Małgorzata Kubic

Wśród słów Jezusa są dwie wypowiedzi, które czasami uważa się za wzajemnie sprzeczne:

Łuk. 9:49-50 Mistrzu, widzieliśmy takiego, który w twoim imieniu wygania demony i zabranialiśmy mu, ponieważ nie chodzi z nami. Wtedy Jezus rzekł do niego; Nie zabraniajcie; kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami.

Łuk. 11:23 Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie.

Kiedyś pewien znajomy matematyk wyjaśnił mi, że z punktu widzenia logiki przytoczone zapisy wcale sobie nie zaprzeczają. Dzisiaj rozumiem, że ukazują one bardzo ważną praktyczną zasadę konstruktywnego podziału otaczającego nas świata wierzących na trzy grupy.

Według pierwszej wypowiedzi ci, którzy nie chodzili z uczniami, ale też ich nie zwalczali, a wręcz nawet posługiwali się imieniem Jezusa przy wypędzaniu demonów, zostali przez Mistrza zaliczeni do grupy ludzi będących „z wami” (lub „z nami”, jak mają inne rękopisy, co jednak nie zmienia zasadniczej wymowy tekstu). Wypowiedź ta wyróżnia też trzeci obszar ludzi, którzy „są przeciwko” – tych, którzy zwalczali Jezusa i Jego naukę, którzy przeciwstawiali się działalności uczniów.

Druga wypowiedź (Łuk. 11:23) – jeśli zaliczy się Jezusa to zbioru „my” – stwierdza jedynie rzecz w tym ujęciu oczywistą: Kto nie znajduje się w zbiorach „my” lub „z nami” („ze mną”) zaliczony zostaje, jakby automatycznie, do grupy przeciwników Jezusa.

Trzy postawy

Wśród tych, którzy zetknęli się z nauką Jezusa były możliwe trzy postawy: (1) Można było ją przyjąć i chodzić z Jego uczniami, (2) można było nie zaliczać się do uczniów Jezusa, zachować neutralność, nie zwalczać ich działalności, a może nawet przyjąć pewne elementy nauki Mistrza, (3) można było aktywnie występować przeciwko Jezusowi oraz Jego uczniom.

Jezus najwyraźniej zalicza grupę osób neutralnych, nie występujących aktywnie przeciwko Jego misji, do zbioru tych, którzy są „z nami”. Nie są oni co prawda „nami”, bo nie chodzą z uczniami, ale można ich w tych warunkach uważać za sprzymierzeńców. Poza tym szerokim zbiorem pozostaje jedynie grupa aktywnych i agresywnych przeciwników, których Jezus przy pewnej okazji nazwie dziećmi diabła (Jan 8:44).

Wniosek na dziś

Co z takiego zrozumienia zacytowanych dwóch wypowiedzi Jezusa wynika dla współczesnego naśladowcy Jezusa? Począwszy od czasów apostolskich chrześcijanie tworzą różne ugrupowania, które przeważnie nie utrzymują ze sobą kontaktów, a często są sobie wrogie, wzajemnie się zwalczając. Czasami chodzi o pojedyncze lokalne zbory, innym razem o całe kościoły, ale może być i tak, że takie odrębne grupy tworzone są przez frakcje w ramach jednego zboru czy kościoła. Teoretycznie wszyscy chrześcijanie deklarują dążenie do jedności, jednak w praktyce wielu z nich wyznacza jej takie warunki, że podziały nie tylko się utrzymują, ale nawet zwiększają.

W związku z tym, każdy kto jest chrześcijaninem dwadzieścia wieków po Chrystusie i zgodnie z Jego przykazaniem przynależy do jakiegoś zboru (ekklesia, kościoła) wierzących i wyznających Jego drogę, konfrontowany jest z sytuacją, w której oprócz uznawanych przez niego współwyznawców pojawiają się także jacyś „oni”, którzy przynależą do innego kościoła czy ugrupowania religijnego. Wcześniej czy później musi więc zadać sobie pytanie o właściwy sposób ich traktowania.

Znaczna część tak rozdrobnionej społeczności wyznawców chrześcijaństwa skłonna jest dzielić świat wierzących w Jezusa wedle drugiej z przytoczonych na początku wypowiedzi z pominięciem pierwszej. Dla nich istnieje tylko grupa „my” – czyli moja społeczność, do której się przyłączyłem lub w której się urodziłem, i „oni” – wszyscy pozostali chrześcijanie, którzy nie chodzą z nami, czyli wyznają inne sposoby naśladowania Jezusa oraz odmienne nauki; należy wzbraniać się przed utrzymywaniem z nimi kontaktów, nie uznawać ich za prawowitych naśladowców Jezusa, a najlepiej jeszcze zwalczać ich nauki i metody postępowania.

Nauka Mistrza jest jednak inna. Zaleca On, by dzielić społeczność wierzących na trzy, a nie dwa zbiory. Owszem istnieje jakaś społeczność „my”, która naszym zdaniem kroczy najlepszą i najsłuszniejszą drogą naśladowania Jezusa. Oprócz niej występuje jednak szerokie grono innych „wypędzających demony w imieniu Jezusa”, którzy co prawda nie chodzą z nami, ale też aktywnie nas nie zwalczają, nie są naszymi przeciwnikami. Tych powinniśmy zaliczać do zbioru „z nami” i nie zabraniać im praktykowania ich sposobu działania i nauczania. No i niestety jest jeszcze trzecia grupa, agresywnych i aktywnych przeciwników naszej drogi. O ile mamy rację sądząc, że chodzimy z Jezusem, to według Jego nauki osoby takie są także Jego przeciwnikami, zaliczając się do zbioru „przeciwko Niemu”.

Relacja my i wy

Najbardziej problematyczny jest stosunek do owej drugiej grupy tych, którzy są „z nami”. Uczniowie chcieli zabronić tamtemu człowiekowi posługiwania się imieniem Jezusa, lecz On sam się na to nie zgodził. Dał przykazanie „nie zabraniajcie”. Czy to jednak oznacza coś więcej, czy należy poszukiwać dialogu, kontaktu, jedności z owym zbiorem wyznawców „z nami”? Z nauki Jezusa bezpośrednio to nie wynika. Jednak określenie „z nami” – a nie np. „obojętni nam” – sugeruje aktywną postawę przyjaznego nastawienia i poszukiwania dialogu w relacji „my-wy”. Tych, którzy nie są przeciwnikami drogi Jezusa, należy uważać za sprzymierzeńców. Dialog i przyjazne nastawienie nie oznacza zacierania różnic, rozmywania własnej tożsamości. Wymaga jednak wzajemnego szacunku i uznania. Takiej relacji powinni poszukiwać wszyscy, którzy uznają obydwie wypowiedzi Jezusa w równym stopniu za słuszne i prawdziwe.

Oni

Można też zmienić punkt odniesienia i spojrzeć na samego siebie z perspektywy innego wyznawcy Jezusa, który również – choć naszym zdaniem zapewne bezpodstawnie – uznaje swoją drogą naśladowania Mistrza za najsłuszniejszą i najbardziej zbliżoną do Jego ideałów. Czy postrzega on mnie jako swojego przeciwnika? Czy daję mu do tego podstawy? Czy rzeczywiście go zwalczam, aktywnie i agresywnie występując przeciwko niemu, zabraniając mu posługiwania się imieniem Jezus? Jeśli bowiem tak, to muszę się mieć na baczności. O ile podejmuję krytykę błędnych poglądów i postaw przeciwników Jezusa, to być może naśladuję Mistrza, który również polemizował z faryzeuszami oraz innymi środowiskami zwalczającymi Jego naukę. Jeśli jednak dzielę świat wierzących na dwie grupy – wąskie „my” i cała reszta źle wierzących i źle naśladujących Jezusa, to bardzo łatwo sam mogę znaleźć się wśród tych, którzy zwalczają innych „wypędzających demony w imieniu Jezusa” i tym samym stać się Jego przeciwnikiem, znaleźć się w zbiorze „przeciwko Niemu”.

Wypędzanie demonów

Wypędzanie demonów w imieniu Jezusa oznaczało w języku ludzi Mu współczesnych po prostu leczenie. Leczyć można choroby ciała, ale także i niedomagania ducha. Nauczanie, jak żyć, by być zdrowym duchowo i zachować życie na wieczność, by już dzisiaj przydać się Jezusowi w Jego działaniach na rzecz obecnego i przyszłego uzdrowienia całej ludzkości, jest również swoistym „wypędzaniem demonów” zła i grzechu z własnego i cudzego serca. Jest to działalność ze wszech miar godna polecenia. Niech każdy, kto miłuje Jezusa to czyni, a także niech nie zabrania czynić tego innym, nawet jeśli mają inne zrozumienie metod działania Jezusa.

Udostępnij...

O Autorze

Daniel Kaleta

Komentarze (16)

  • Piotr Kubic

    Piotr Kubic

    16 września 2016 o 16:03 |
    Może za dużo piszę. Pojawiają się u mnie refleksje i biję się z myślami, czy je wyrażać czy nie.

    Ja też się zgadzam z tym artykułem i jak najbardziej z jego wnioskami. Dodatkowo – tekst ten zaczął mi coś uświadamiać.

    Po pierwsze – uświadomiłem sobie, że jest on dla mnie skomplikowany, nie daję rady go ogarnąć w całości. To nie jest żaden zarzut wobec tekstu, ani krytyka. Po drugie – wnioski z niego płynące, wydaje mi się, powinny być oczywiste, nawet bez skomplikowanych rozważań intelektualnych. Wnioski powinny wypływać wprost z serca, sumienia.

    Po prostu: nie wolno, jest niesprawiedliwe i niegodne oceniać innych, konkretnych ludzi, na podstawie badań statystycznych, danych demograficznych, spisów wyznaniowych, tym bardziej – opowieści z trzeciej ręki, pogłosek, plotek. Pod liczbami kryją się konkretni ludzie, a my, wtłaczając ich w krótką liczbę, wrzucając do jednego worka pokazujemy, że nie liczymy się z człowiekiem.

    To jest chyba proste twierdzenie. Nie deprecjonując w żaden sposób tego artykułu (bo jest świetny) pytam – czy trzeba aż takich rozważań, żeby rozumieć i czuć to, co jest po prostu ludzkie i powinno być oczywiste? Może doszliśmy do punktu, w którym prosty odruch serca mało się liczy, bo na wszystko trzeba mieć konstrukcję z wersetów?

    Konstrukcja z wersetów nie jest czymś złym, o ile prowadzi do dobrej praktyki życia. Ale jest zła, jeśli doprowadza do nauki, której sprzeciwia się prosty, ludzki odruch serca i sumienia.
    • dak

      dak

      16 września 2016 o 17:09 |
      Absolutnie się zgadzam. Gdybyśmy zachowali pierwotne podobieństwo do Boga, to ludzki odruch serca i sumienia wystarczyłby nam za prawo. Tak kiedyś będzie. Na razie jednak konfrontowani jesteśmy z własną ułomności owych odruchów, a także często ze złą praktyką, która nas otacza. Oznacza to, że odruchy serca i sumienia mogą być nieprawidłowe. Trzeba je kontrolować i regulować. W odruchu serca i sumienia ludzie się potrafią ranić i zabijać. To dlatego potrzebujemy "struktury wersetów", nauki – Mojżesza i Jezusa. Gdybyśmy ustawili według niej serce i sumienie, to potem moglibyśmy się całkowicie zdać na odruchy, ale tu znów napotykamy na przeszkody.

      Moim zdaniem "konstrukcja wersetów", może nazwę to zwykłą intelektualną wiedzą biblijną, wcale nie musi od razu prowadzić do dobrej, czy jakiejkolwiek praktyki życia. Czasami nie wiemy, po co się czegoś uczymy, ale w rezultacie prawidłowo ustawione rozumienie nauki biblijnej będzie automatycznie regulowało nasze odruchy serca i sumienia. Są oczywiście konstrukcje, które od razu coś wnoszą, jak na przykład nauka Jezusa, by nie zabraniać używania Jego imienia ludziom, którzy z nami nie chodzą. A czasami, pozornie, zrozumienie wypowiedzi Jezusa, apostołów czy proroków nie ma żadnego przełożenia na moje życie. Np. Jerozolima będzie deptana przez pogan aż do skończenia się ich czasów. Nie mieszkam w Jerozolimie, nie podbijam Jerozolimy, jeśli ją czasami "depczę", to tylko jako sympatyk i turysta. Czy w związku z tym mogę sobie ten werset wykreślić z Biblii albo powiedzieć, że mnie nie dotyczy i go nie rozważać? Ja uważam, że nie i staram się go zrozumieć.
      • Piotr Kubic

        Piotr Kubic

        17 września 2016 o 08:41 |
        Dziękuję Ci za tę odpowiedź, zgadzam się. Dorzucę, dla podkreślenia, jeszcze kilka słów. Nasze rozumienie może być tak samo nieprawidłowe, jak odruchy serca i sumienia. Czy oba te bieguny są równoważne, czy któryś odgrywa większą rolę?

        Człowiek, nawet w procesie intelektualnego rozumowania, musi podejmować decyzje o tym, która z intelektualnych możliwości jest słuszna. A te decyzje podejmuje uczuciami, sumieniem. „Czujemy”, że taka a nie inna interpretacja jest słuszniejsza i ją zaczynamy wyznawać. Od uczuć nie da się uciec, one leżą głębiej, niż intelektualizm, i decydują o intelektualnych decyzjach, również o przyjmowaniu interpretacji. Dowodzą tego niezwykłe przypadki ludzi, którzy po operacji przestawali mieć uczucia. Okazało się, że nie potrafią podjąć najprostszej decyzji.

        Moje ostatnie rozczarowanie sprzed roku – myślałem, że spotkałem człowieka, który naprawdę bierze Pismo Święte takim, jakie jest. Bardzo podkreślał, że Słowo jest najważniejsze, przedstawiał głębsze i wnikliwsze spojrzenia na Słowo. Byłem zafascynowany przez półtorej godziny, nie wątpiłem w jego szczerość. W pewnej chwili zapytałem go o werset („chwalcie Pana pląsaniem” Ps. 150:4) i wtedy on stworzył całą konstrukcję wersetów, żeby pokazać, że ten werset nie dotyczy chrześcijanina. Czyli można zaprzeczyć prostemu, pełnemu dobrych uczuć wersetowi, tworząc konstrukcję wersetów. Czyli intelektualizm jest na łasce naszych wewnętrznych przekonań.

        Człowiek posada „neurony lustrzane”, które dają pojęcie o bólu, cierpieniu innych ludzi. (C.T. Russell definiuje grzech jako coś, co sprawia ból, cierpienie, przynosi krzywdę, stratę.) Czyli – empatia. To wbudowany przez Boga bardzo silny mechanizm, którego należałoby używać. Np. Zygmunt Bauman w wykładzie „Lessons of the Holocaust” ( https://www.youtube.com/watch?v=eHEqz7EJO2c) pokazuje, jak u Nazistów ten mechanizm został pominięty.

        Przepraszam, że tak dużo.
  • Daniel Iwaniak

    Daniel Iwaniak

    14 września 2016 o 10:09 |
    Bardzo ciekawy i oświecający artykuł. Od dawna czułem, że ani ja osobiście ani "my" jako zbiorowość nie powinniśmy traktować wszystkich, którzy nie należą do nas jako bałwochwalców, ludzi pogrążonych w błędzie i bezbożnym postępowaniu. Żywię nadzieję, że ten odruch serca i umysłu pochodzi z czytania Ewangelii i obserwacji jak Jezus traktował " innych" (choćby Samarytan). Dla mnie wartością tego tekstu jest wskazanie, że nie tylko postępowanie, ale i nauczanie Jezusa nie pozwala na uproszczone traktowanie WSZYSTKICH nienależących do mojej grupy wyznaniowej jako wrogów mojego duchowego życia. Przedstawiony podział na trzy grupy, a nie dwie, bardzo porządkuje mi świat moich relacji. Istnieje przecież naprawdę bardzo wielkie grono ludzi, których mimo wszystkich postrzeganych ułomności zrozumienia i praktyk religijnych trudno zaliczyć do wrogów krzyża Chrystusowego. Mimo, że nie wszyscy zwalczają prawdziwą naukę Jezusa, to jednak i taka grupa istnieje i nie usuwam jej z duchowej perspektywy.

    Ten tekst pomógł mi też osobiście: daje mi spokój i nie wzbudzą poczucia winy, że niewystarczająco zwalczam innych chrześcijan. Chętnie rozmawiam o Bogu i staram się przekonywać innych (bez względu na grupę religijną) do mojego zrozumienia Boga i Jego sposobu działania. Nie znajduję jednak w sobie potrzeby "zabraniania" czynienia rzeczy w imieniu Jezusa, czyli odbierania WSZYSTKIM innym prawa do nazywania się chrześcijanami i identyfikowania się z nauką Jezusa.
  • Romek

    Romek

    12 września 2016 o 18:10 |
    Piotrze,
    nie wiem czy dobrze odczytałem Twój post. Mam wrażenie, że właśnie dzisiaj jest wszystko unisexi. Lubimy zachowywać sie tak samo; wyglądać podobnie, słuchać tego samego, mieć poglądy które najlepiej nie będą sie wychylały w stosunku do innych. Osoby które są wyraziste narażają się na krytykę. Po co on to mówi? Tak nie mozna! Wszystkim pasuje, a jemu nie?
    Przypomnij sobie dyskusje i spory sprzed wielu lat. Dzisiaj mówimy; i na co to było? Przyniosło co dobrego? Nie, może i nie przyniosło, ale nie bano się być wyrazistym.
    Obj. 3.15-16 "Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich."
    Przy tym trzeba uważać, aby nie stać się bezmyślnym człowiekiem. Bezmyślnym Chrześcijaninem.
    • Piotr Kubic

      Piotr Kubic

      13 września 2016 o 23:33 |
      Ja widzę wokół siebie ludzi, dla których wtapianie się w tło, upodabnianie do innych byłoby porażką. Może dlatego, że pracuję w teatrze? Tutaj każdy chce tworzyć, nie kopiować. Więcej – ludzie nie chcą nawet powtórzyć własnego dzieła, bo za drugim razem chcą, żeby było inne.

      Popatrz na samochody – dziś coraz trudniej znaleźć dwa identyczne egzemplarze, bo producenci dbają, żeby każde auto było niepowtarzalne. To samo jest w sklepach – mnogość, różnorodność wzorów np. prostych lamp do przedpokoju, krzeseł, bluzek, sprawia, że nawet trudno być takim, jak inni.

      Kiedyś wyraziste były tylko jednostki. Reszta – to była masa, podatna na manipulację, bo nie było alternatywy. Dziś jest o wiele większy wybór, również w światopoglądach, postawach. Skąd się bierze ta różnorodność? Otóż to, na co kiedyś odważyły się jednostki, dziś jest o wiele łatwiej dostępne każdemu, kto tylko wychyli nos spoza swojej wsi, grypy społecznej, kto pojedzie i zobaczyć kawałek świata.

      Jeśli chodzi o dyskusje, które kiedyś były, a teraz ich nie ma (oczywiście nie mówimy tu o szerokim świecie) – myślę, że staliśmy się wydelikaceni i „pokój między braćmi” rozumiemy jako tworzenie po prostu miłej, przyjemnej atmosfery. Po drugie – nasze współczesne dyskusje poprowadziłyby nas o wiele dalej, niż dyskusje naszych dziadków. I tego, jako społeczność, się obawiamy. Bo za wiele należałoby zweryfikować, bo „do czego byśmy doszli”?

      Rozumiesz? Takiego używa się argumentu: nie myśl za dużo, nie czytaj książek, nie miej kontaktów z innymi grupami religijnymi („nie chodź na obce pole”), bo stracisz wiarę. To jest zatrważające, to droga do sekciarstwa i ciemnoty.
      • Romek

        Romek

        14 września 2016 o 07:09 |
        Pozornie się różnimy. Dzisiaj, owszem, wszyscy mozemy wyróżniać się w stosunku do otoczenia jako ogółu lub nawet mniejszej grupy. I faktycznie różnimy się.
        Ja dzisiaj ubrałem się na żółty, Ty czerwono a ktoś na niebiesko. Każdy z nas wygląda odmiennie i w ten sposób chcemy zademonstrować własną inność.
        Ty kupiłeś samochód czarny, "mercedes", ja zielony "toyota" a inny biały " peugot".
        Każdy z aktorów grając sztukę chce się wyróżnić na tle konkurencji.
        Faktycznie każdy z nas jest inny. A teraz oddal obiektyw, ustaw go z makro i zoom na taki szerokokątny i maże na obraz z jednego z satelitów Ziemi robiącego zdjęcia, owszem, dużej rozdzielczości, ale obejmującej np. całe miasto.
        Co wtedy zobaczysz?
        Jedną wspólną masę. Co prawda kolorową, bo ubraną w rózne kolory. Jednak, gdyby popatrzeć dokładniej, to wszyscy mają marynarki (wyprodukowane w Bangladeszu przez kilka korporacji, na podstawie gustu kilku ludzi, "światowych dyktatorów mody".
        Wszyscy jeździmy autami hybrydowymi (podzespoły do różnych marek, produkowane są w tej samej fabryce). Żeby być trendy, ekologiczni, bo diesel już nie jest fajny.
        Gramy te same sztuki lub tych samych autorów. Bo teraz jest "modny" (cudowne słowo, wytrych) Mrożek a nie Tuwim.
        Jestem na etapie budowy i urządzania domu. Owszem wszystkiego jest bardzo dużo. Wybór wręcz nieprawdopodobny. Podchodzisz do półki i w zasadzie większość produktów ta sama.
        No dobrze, jest mozliwość wyróżnienia się. Tylko w każdej z tych dziedzin wchodzisz do sklepu z "desingiem" ( cokolwiek to oznacza). Płacisz za to 4x więcej i się wyrózniasz.
        Owszem, dzisiejszy świat daje nam ogromne możliwości bycia sobą. Czy jednak z tego korzystamy, a jeżeli, to w jaki sposób.
        Często chcemy wyróżnić się, dla samego wyróznienia.
        I tutaj juz z Tobą się zgadzam. Nie umiemy z tego korzystać.
        Bo wolimy nie chodzić na obce pole, bo tak sie wychowałem, tak przeczytałem, a przecież Biblia się nie myli.
        Tak, owszem Biblia sie nie myli. My sie mylimy. Skoro ktoś kilkadziesiąt lat temu odczytał ją tak, a nie inaczej to przecież nie mógł mylić się. Jak mozesz tak mówić? Nic nie masz szacunku. Wszystko byś wywracał.
        Zostań takim jak reszta, po co się wyrózniasz, twoje dzieci i żona tylko na tym ucierpią, a Ty nic nie zyskasz. Czy uważasz, że bracia przez tyle lat się mylili i dopiero TY zrozumiałeś.
        Masz rację. Własnie ustawiłem obiektyw z powrotem na makro. Wszedłem do sklepu "desing" i płacę. Sporo. I wcale nie dlatego, że lubię lub mnie stać. Mało co pasowało na mnie w tamtych sklepach, a z niektórych byłem wyproszony.
        • Piotr Kubic

          Piotr Kubic

          14 września 2016 o 07:51 |
          Ja chodzę do sklepów z odzieżą używaną :) Znajdzie się tam najdziwniejsze egzemplarze :)

          Masz rację, że różnorodność bywa powierzchowna. Żeby ją pogłębić, trzeba pracy i czasu, rozmów z ludźmi, dobrych książek, kształtowania wrażliwości (czyli np. czytania poezji, skoro już spora część Biblii została napisana wierszem).

          Zdaje się, że nie płynę za bardzo z prądem :) Ostatnio, w Twoim rodzinnym zborze, na pytanie retoryczne postawione przez prowadzącego, na które, jak mu się wydawało, istnieje tylko jedna odpowiedź, ja, siedząc pod mównicą, odpowiedziałem głośno i pewnie, ale zupełnie inaczej niż się on spodziewał.

          Co zyskałem? Radość, że coś wniosłem do naszego wspólnego pojmowania, że coś zaświta komuś, będzie początkiem drogi myślowej, potrzebnej.

          Ustawianie obiektywu na szeroki kąt (dziękuję za to bliskie mi porównanie :), w którym widać całą masę zamiast jednostek, to jak spojrzenie statystyczne. Nie trzeba jednak dać mu się obezwładnić, ponieważ (ważne!) statystyka nic nie mówi o losie jednostki. Ty i ja możemy dalej pozostać sobą, mimo, że socjolog stwierdzi, że 99% społeczeństwa robi coś tak samo :)
  • Romek

    Romek

    12 września 2016 o 09:33 |
    „Oj, naiwny, naiwny, naiwny…” zaśpiewałby pewien wspaniały poeta. ( to do ostatniego akapitu)
    Ostatnio w zborze mieliśmy rozmowę na temat „Zasady wiary”. Brat prowadzący w pierwszej części przedstawił nam „nasze” zasady wiary ze statutu, omawiając każdy z nich osobno. W drugiej części była dyskusja na ten temat. Jak rozumiemy poszczególne jej elementy. Ciekawa dyskusja. Wnioski? Hm, wybiorę te najciekawsze, najbardziej trafne i oddające sens, ze zbioru „my”. Tak mi się przynajmniej wydaje, że to miał być ten zbiór. Dwa wersety.
    Lecz inni słuchający z boku, jak oni ocenią tę naszą dyskusję na podstawie zacytowanych wersetów? Gdzie oni nas sytuują? A, czy to tak właściwie ma sens i potrzebę, aby inni nas klasyfikowali, a my abyśmy się nad tym zastanawiali? Czy jest w ogóle sens robienia zbiorów? I na jakiej podstawie? Może one wyglądają inaczej, są współdzielone. Każdy z każdym ze zbiorów? Czy to się jednak wyklucza?
    No dobra, wróćmy do wersetów zacytowanych. Pojawiły się one, na uwagi innych braci, że nasz statut i zawarte w nim zasady wiary są nie tyle „naszymi” zasadami wiary, co w dużej części zasadami przeciwko. Przeciwko tym ze zbioru „przeciwko nam”. „My nie jesteśmy tacy co…, my nie wierzymy w…, my nie uważamy, że…, my rozumiemy nie tak, a tak…”, to są nasze zasady wiary. W zasadzie. Przeciwstawienie się i wymienienie w punktach jak NIE rozumiemy nauki Jezusa. Z czym NIE zgadzamy się z tymi ze zbiorów „z nami” i „przeciwko nam”.
    No a jak MY rozumiemy nauki Jezusa?
    „ Oto idę rychło; trzymaj, co masz, aby nikt nie wziął korony twojej.” Obj. 3:11
    „Bądź wierny aż do śmierci, a dam ci koronę żywota.” Obj. 2:10
    Tu pojawił się problem. Każdy ze zbiorów uważa te wersety za swoje…
    A jakie, w zasadzie, są nasze zasady wiary? Czy są one nam potrzebne? Co one nam dają?
  • Piotr Kubic

    Piotr Kubic

    11 września 2016 o 23:59 |
    Żyjemy w świecie, w którym postawy ludzkie stają się coraz bardziej indywidualne. Dziś podział na „wy”, „my”, „oni” staje się często przeżytkiem, pretekstem, wygodnictwem. Środkiem do tego, by samemu poczuć się lepiej, poprzez powierzchowne, stronnicze, niesprawiedliwe porównywanie siebie z innymi. To jest niskie, prymitywne i smutne. Św. Paweł w liście do Rzymian udowodnił, że wszyscy jesteśmy tacy sami, Żydzi i Grecy, wierzący i niewierzący. Ale chrześcijanie nie przestają nawzajem sobie udowadniać, że posiadają właśnie coś lepszego, że lepiej rozumieją, postępują. Podczas, gdy niczego nie posiadają, na nic nie zasłużyli i wcale nie postępują lepiej, ani nie rozumieją lepiej, niż ich bracia z innych grup. Jest w tym coś żałosnego…
    • dak

      dak

      12 września 2016 o 20:44 |
      Zgadzam się, że podział na my, wy i oni może być wykorzystywany do różnych partykularnych i egoistycznych interesów, ale nie jest przeżytkiem. Możemy uciekać przed poczuciem przynależności, ale ono jest wpisane w naszą mentalność. Jesteśmy "stadni", czy nam się to podoba, czy nie. Nawet indywidualiści potrzebują środowiska, by wiedzieć, że są inni. Dlatego wiedząc, że "przynależę", że mam potrzebę bycia częścią, elementem, wolę to rozumieć i starać zmieścić w ramach Bożej teorii.
      • Piotr Kubic

        Piotr Kubic

        13 września 2016 o 23:05 |
        Tak jesteśmy stadni. Ale to nie musi oznaczać podziału na my i oni. Coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że ludzie tworzą jedno stado. Globalizacja przyczynia się do tego zrozumienia – wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Problemy Ziemi stają się naszymi wspólnymi problemami, podobnie jak gospodarka, przestępczość. Zaczynamy rozumieć, przynajmniej ci najświatlejsi, że dzieląc się i walcząc ze sobą tracimy, a łącząc się mamy szansę zyskać.
        • dak

          dak

          14 września 2016 o 08:47 |
          "...nie musi oznaczać podziału na my i oni."
          Jest ważniejsza relacja, na którą chciałem zwrócić uwagę: my-wy.

          Nasz świat jako dziecko rozpoczynamy od podziału na ja-oni. Nie wiem, czy pamiętasz ten etap rozwoju. Ja dość dobrze. Potem zaczynamy wchodzić w relację z niektórymi osobami z otoczenia, rodzicami, rodzeństwem i zaczynamy rozumieć relację ja-ty. Pozostają jednak inni, których dalej traktujemy jako "on". W wieku kilkunastu lat (niektóre religie uważają że w wieku 12) zaczynamy czuć relację"ja-my", rodzi się w nas poczucie przynależności. Zaczynamy rozumieć, dlaczego Jezus kazał się modlić "Ojcze nasz", a nie "Ojcze mój". Wtedy znów, tak jak w okresie niemowlęcym, w którym nie umieliśmy nawiązać kontaktu z otoczeniem, dzielimy świat na my i oni. Ale z czasem, o ile dalej prawidłowo się rozwijamy, zaczynamy nawiązywać relację my-wy, najtrudniejszą i najbardziej skomplikowaną. Część osób nigdy nie dorasta do tego etapu prowadzenia dialogu społecznego między zbiorowościami ludzkimi. Moim zdaniem taki jest naturalny sposób socjalnego rozwoju człowieka, zaprogramowany przez Boga.
          • Piotr Kubic

            Piotr Kubic

            15 września 2016 o 10:25 |
            @dak
            Nie czuję tego, co piszesz, ale może jak się zastanowię... Spróbuję opisać od mojej strony.

            Na początku niemowlak czuje cały świat jako „ja”. Po jakimś czasie np. odkrywa, że jego matka jest oddzielną, inną osobą. A np. w wieku trzech lat dzieci uśmiechają się i pozdrawiają obce osoby na ulicy, tak jakby to były bliskie im, znane osoby. Kryterium kontaktu to np. wyraz twarzy, uśmiech. To dorośli zaczynają uczyć ostrożności przed obcymi, a i sam człowiek odkrywa, że inni myślą i chcą czegoś innego, niż ja.

            Według mnie istnieje jeden główny podział – na „ja” oraz „reszta świata”. Fizycznie granica przebiega przez skórę, a psychicznie – jest w głowie pewna granica, którą sobie budujemy w zależności od doświadczeń oraz naszych starań. I tu jest pytanie – kogo zaliczymy do grona „jest ze mną” (a tym samym „z nami”, w gronie tych, co są ze mną), a kogo odepchniemy poza mentalną granicę.

            Podział na „my” oraz „oni” jest wtórny, jest konsekwencją tego, jak ustawimy naszą prywatną granicę „ja” i „reszta świata”.

            W niemowlęctwie cały świat jest „po naszej stronie”, jesteśmy z nim stopieni, nie mamy pojęcia, o jego skomplikowaniu, niebezpieczeństwach. Potem odkrywamy, nie bez cierpienia, że to nie jest takie proste. Ale ciągle chcielibyśmy powrócić do tego początkowego poczucia jedności. Bo gdyby się to udało, to każdy inny człowiek byłby jakby częścią mnie samego, a wtedy nie będę go krzywdził, będę o niego dbał itd. I to się może udać, po uwzględnieniu potrzeb innych, ich różnorodności itd. (ewangelia nazywa to miłością), można uznać każdego człowieka za bliską osobę.
  • Piotr Kubic

    Piotr Kubic

    15 września 2016 o 23:47 |
    Tak :) Człowiek miał podbijać ziemię (zadanie zlecone mu w Raju). Lecz żeby zrobić krok naprzód, trzeba mieć oparcie w tym, co jest. Na początku jest to matka – bezwarunkowe wsparcie, biologiczny wręcz mechanizm. Potem, przez całe życie powtarza się schemat – wiem, przez co przeszedłem, nie wiem, co przede mną. Robię krok naprzód, odbijając się od terenu, który znam, którego jestem pewien. W ten sposób chyba można daleko zajść, w końcu nawet nieprzyjaciół traktować jak bliskich... Brzmi nieprawdopodobnie :-)

    Ciekawe jest obserwować, jak budujemy te modele relacji :) Każdy z nich ma pewną słuszność, ale też każdy jest jakimś uproszczeniem...
  • Romek

    Romek

    15 września 2016 o 11:29 |
    Nie da się, aby powrócić do tego początkowego poczucia jedności. Tylko matka dla niemowlęcia jest tą najbliższą i niepowtarzalną osobą. Ojciec już, niestety, nie. On musi zdobywać to zaufanie. To nie jest tak, że niemowlę nie boi się świata. Ono właśnie boi się go bardzo, nie rozumie tego niebezpieczeństwa, ale się boi. To matka daje mu poczucie bezpieczeństwa. Ona zarządza jego uczuciami, jego zaufaniem do reszty.
    Zeby mieć poczucie bliskości ze wszystkimi ludźmi trzeba ich wszystkich dotknąć, przeżyć z nimi "beczkę soli" inaczej będą tylko (lub aż) w kręgu "z nami".
    Wg mnie to i tak będzie sukces. Jeżeli będą tylko te dwa zbiory "my" i "z nami"
    Nie wyklucza to zasady ewangelicznej "uznawać każdego człowieka za bliską osobę."

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.