Prawo, sąd, kościół

Autor tekstu - Basia Honkisz | Data publikacji - piątek, 10 października 2014 | Obszar - na Południe

Prawo, sąd, kościół
fot. Kasia Śmiałkowska

Moja wiedza na temat polskiego prawa nie jest duża. Do egzaminu kończącego moje studia musiałam przyswoić podstawy prawa medycznego, z racji zainteresowań znam dobrze Ustawę o Ochronie Zdrowia Psychicznego, znam też prawa ruchu drogowego, które przyswoiłam podczas kursu prawa jazdy. Z prawem karnym nigdy nie miałam do czynienia. Lubię jednak oglądać filmy, których akcja dzieje się na sali sądowej – jest coś ciekawego w ustalaniu po czyjej stronie leży prawda, w orzekaniu o czyjejś winie na podstawie dowodów, co zaspokaja moją potrzebę poczucia sprawiedliwości.

Ostatnio oglądam serial „Żona idealna”, którego główną bohaterką jest prawniczka. Każdy odcinek to inna sprawa sądowa, w której próbuje ona uzyskać jak najkorzystniejszy dla klienta, którego reprezentuje, rezultat. Akcja serialu dzieje się w Stanach Zjednoczonych, wobec czego dzięki śledzeniu akcji mogę poznać trochę niuansów amerykańskiego prawa. Jednak rzadko potyczki w sądzie dotyczą jasnych spraw (np. zabił / nie zabił), rzadko chodzi o dociekanie gdzie leży prawda. Znacznie częściej śledzimy zmagania kancelarii prawnych, aby jak najkorzystniej przedstawić dowody, aby wyciągnąć zapisy prawa, które popierają stanowisko ich klienta, a unieważnić dowody drugiej strony. Kłamstwo w sądzie jest karalne i wciąż zeznający przysięgają na Biblię, że będą mówili prawdę, ale mogą odmówić składania zeznań, prawnik może z jakiegoś powodu zgłosić sprzeciw i powstrzymać świadka przed odpowiedzeniem na niewygodne pytanie. Ta sama sytuacja dotyczy dowodów: czasem istnieje dowód popełnienia przestępstwa, ale nie można go pokazać, bo powstał w niezgodnych z prawem okolicznościach (np. w wyniku nielegalnego podsłuchu).

Każda ze stron sporu potrzebuje prawnika, który sprawnie poruszając się po zapisach prawa zdoła uzyskać jak najkorzystniejszy wyrok sądu. Czasem o ostatecznym wyniku rozprawy decydują drobiazgi, do których jedna ze stron dojdzie, np. ktoś popełnił przestępstwo parę minut po północy, po przekroczeniu o kilka metrów granicy stanu, któryś ze świadków okazuje się być niewiarygodny, udaje się znaleźć wyrok sądu, który zapadł w podobnej sprawie działający na korzyść jednej ze stron itp. Czyli w pewnym momencie prawo staje się tak skomplikowane i rozbudowane, że nie jest istotne czy ktoś coś rzeczywiście zrobił, tylko czy można mu to udowodnić i jakiego rodzaju okoliczności łagodzące można uwzględnić.

W ostatnim odcinku spór w sądzie dzieje się między dwoma rolnikami, z których jeden drugiego oskarża o kradzież ziaren. Jak zwykle prawnicy ścigają się w przedstawianiu dowodów, np. jedna strona na dowód przedstawia tablice przedstawiające kierunek wiatru (sugerujące, że ziarna mogły znaleźć się na polu przez przypadek), strona przeciwna nie zgadza się na uwzględnienie tego w rozprawie, ponieważ tego rodzaju dowód powinien być poparty profesjonalną opinią meteorologa. Na sali sądowej między prawnikami toczy się agresywna wymiana zdań. Dwie strony konfliktu dochodzą do wniosku, że nie chcą w taki sposób rozwikłać tego problemu, ponieważ przed rozprawą byli szanującymi się sąsiadami. Dlatego proszą prawników o rozpatrzenie sprawy przed sądem, który odbędzie się w ich kościele, a sprawę rozstrzygnie pastor.

Sprawa zostaje skierowana do chrześcijańskiego sądu, gdzie panują inne zasady. Przed rozpoczęciem rozprawy pastor zmawia modlitwę, aby wyrok był sprawiedliwy. Nie ma problemu z przedstawieniem dowodów, które w oficjalnym sądzie byłyby wykluczone (strona przedstawia wspomniane tablice). Okazuje się, że nie ma też problemu z zapytaniem oskarżonego czy rzeczywiście ukradł te ziarna – w końcu nie spotkali się tam aby kłamać, tylko dojść sprawiedliwości. Kiedy zostają wyczerpane dowody i argumenty prawnicy podnoszą kwestie teologiczne, np. czy można uznać za przestępstwo czyn popełniony nieumyślnie? Prawniczka, będąca bohaterką serialu zwraca się do córki – praktykującej chrześcijanki o pomoc i w Piśmie Świętym szuka argumentów. Zgodnie ze swoim prawniczym przyzwyczajeniem wyciąga wersety z kontekstu, ciesząc się, że znalazła coś na swoją korzyść. Córka mówi: „Mamo, ale nie możesz tak zrobić, musisz zwrócić uwagę na to, co mówi cała Biblia, a nie jeden fragment.”

Obejrzałam ten odcinek z wypiekami na twarzy i radością, że w tak rozsądny sposób ukazał podejście do chrześcijaństwa i to, że jednak prawo ludzkie to zupełnie co innego niż prawo Boże. Zaraz potem zaczęłam się zastanawiać nad zasadnością istnienia tego typu sądu w kościele.

Apostoł Paweł pisze do spierających się między sobą Koryntian:

Bo czy to moja rzecz sądzić tych, którzy są poza zborem? Czy to nie wasza rzecz sądzić raczej tych, którzy są w zborze? (1 Kor. 5:12)

Czy śmie ktoś z was, mając sprawę z drugim, procesować się przed niesprawiedliwymi, zamiast przed świętymi? Czy nie wiecie, że święci świat sądzić będą? A jeśli wy świat sądzić będziecie, to czyż jesteście niegodni osądzać sprawy pomniejsze? Czy nie wiecie, że aniołów sądzić będziemy? Cóż dopiero zwykłe sprawy życiowe? Jeśli macie do osądzenia zwykłe sprawy życiowe, to czemu powołujecie na sędziów tych, którzy w zborze się nie liczą? Mówię to, aby was zawstydzić. Czyż nie ma między wami ani jednego mądrego, który może być rozjemcą między braćmi swymi? Tymczasem procesuje się brat z bratem i to przed niewiernymi!1 Kor. 6:1-6

Czy wobec tych wersetów byłoby dobrze powołać w kościele grupę ludzi, którzy rozstrzygaliby sprawy sporne? Moja koleżanka, która jest członkinią Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego wspominała, że przed jej ślubem z mężczyzną, który był już raz żonaty odbyła się rada w sprawie możliwości udzielenia im ślubu w kościele. Wydało mi się to wtedy bardzo rozsądne.

Nie ulega wątpliwości, że różne ugrupowania chrześcijańskie różnią się między sobą jeśli chodzi o prawo. Są takie, które szczegółowo regulują różnymi przepisami życie wiernych – przykładem może być Kościół Rzymskokatolicki, który w swoim katechizmie szczegółowo odnosi się do spraw nieuregulowanych w Piśmie Świętym. Są takie, które zostawiają swoim członkom dowolność i pozostawiają kwestie sporne ich własnemu sumieniu, a za prawo uznają jedynie przepisy zapisane w Biblii. Każde rozwiązanie na pewno w którymś momencie stawia człowieka w sytuacji, w której rozkłada ręce i mówi: „nie wiem, kto ma rację”, „nie wiem jak postąpić”.

Z drugiej strony znamy cytat: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. (Mat. 7:1)

Co Pan Jezus miał na myśli wypowiadając te słowa? Czy chrześcijanin może wobec tego decydować o tym, kto ma rację, czy może wydać wyrok?

Moje przemyślenia mają charakter luźnych rozważań i jestem ciekawa opinii czytelników w tej sprawie. Jakie jest Twoje zdanie na temat podejścia do prawa w kościele? Czy chrześcijański sąd to dobry pomysł?

Udostępnij...

O Autorze

Basia Honkisz

Basia Honkisz