Umarł Wielki Terrorysta – a ja płaczę

Autor tekstu - Olivier Kwarciak | Data publikacji - piątek, 13 grudnia 2013 | Obszar - na Południe

Umarł Wielki Terrorysta – a ja płaczę
fot. Natalia Litkowicz

Dziś, gdy to piszę, mamy 05 grudnia 2013. Parę godzin temu dowiedziałem się o śmierci Nelsona Mandeli. O tym człowieku możnaby napisać bardzo wiele. I pewnie ukaże się wiele artykułów dziś i w nadchodzących dniach. Będą takie, które podkreślą jego wkład w nowoczesną historię, inne – przypominające lata spędzone w więzieniu oraz takie, które dyskutują z bilansem ekonomicznym jego rządów w RPA po wybraniu na prezydenta... Osobiście jestem pełen podziwu dla tego człowieka. Dlaczego? Ponieważ był on nie tylko człowiekiem ideałów ale i człowiekiem czynów. Był tym, który stanął na wysokości zadania wobec stojącego przed Nim, tak jak przed każdym, wyzwania: żyję tu, żyję w takich czasach i w takich okolicznościach, ...i co z tym zrobię? Czy mogę coś zrobić? Czy moja postawa, moje życie może coś zmienić?

Tak, Mandela był wielkim człowiekiem: uwierzył, że można zmienić rzeczywistość. Tak, Mandela był wielkim człowiekiem, ponieważ udźwignął wielki ciężar na swych barkach: oddawanie dobrym za zło. Tak, ale nie to chcę w tej chwili wspomnieć.

Wiadomo, iż Mandela przesiedział ponad ćwierć wieku w więzieniu. Ale właściwie to za co? To zasadnicze pytanie. To pytanie zadaję sobie dziś w kontekście łez milionów ludzi, zaszczytnych epitafiów i przemów wielkich tego świata. Odpowiedź brzmi: za terroryzm. I nie można powiedzieć, że to była pomyłka albo nadużycie. To prawda: Mandela uczestniczył w organizowaniu zbrojnych akcji terrorystycznych przeciwko interesom rządowym RPA na początku lat 1960.

Może jeszcze dziś znaleźć można ludzi, którzy nie płaczą i zapamiętali go jako terrorystę. Jednak dla większości świata zmarł jeden z największych ludzi i autorytetów XX wieku: „światło”, „człowiek pokoju”, „wojownik prawdy i pokoju”. Jak człowiek nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla i słynący z walki o pokój i o przebaczenie mógł być... terrorystą? Jak człowiek, który po wyjściu z więzienia namawiał współbraci do pokojowego rozwiązania historycznego konfliktu i mówił o zjednywaniu sobie wroga dobrem, mógł sabotować i podkładać bomby? Jak człowiek, który poddał swe życie wartościom takim jak „prawda” oraz „pojednanie” (albo szerzej „przebaczenie”) mógł sięgać po broń? Jak taki człowiek mógł korzystać z metod walki zbrojnej? Czy zmieniło go radykalnie więzienie? Czy to lata za kratami zmiękczyły mu serce? Nie. Mandela przed rokiem 1960 nie był terrorystą. Działał w ramach organizacji zwanej ANC (African National Congress) i prowadził pacyfistyczną walkę, starając się wykorzystać swe prawnicze wykształcenie. Był pacyfistą, ale nie godził się z sytuacją w państwie. Mimo swej uprzywilejowanej sytuacji (bogata, chyba nawet królewska rodzina), burzył się na widok niesprawiedliwości. Cóż więc się stało? Co sprawiło, że zmienił zdanie? Pewnie kumulacja wielu wydarzeń, choć historia zanotowała jedno szczególne, które wywarło na niego wielki wpływ: masakra Sharpeville. 21 Marca 1960 r., podczas pokojowego marszu przeciwko rozszerzeniu na czarnoskóre kobiety obowiązku noszenia paszportu wewnętrznego (do tej pory tylko mężczyźni mieli taki obowiązek), policja otwiera ogień do rozchodzących się już ludzi. Ginie 79 osób, w tym 8 kobiet i 10 dzieci. Ofiary były nieuzbrojone, a większość z nich zostało trafiono z tyłu. Użycie przez władze przemocy wobec pokojowej postawy demonstrantów sprawia, że Mandela stwarza już 1961 roku organizację Umkhonto we Sizwe (MK) – czyli zbrojne ramię walki przeciwko apartheidowi. Ta organizacja przygotowuje sabotaże przeciwko interesom rządu i różne zbrojne akcje (jednak dba o to, by nie przelewać krwi). Zatrzymany w 1962 r. Mandela zostaje skazany w dwa lata później na dożywotnie więzienie za zdradę państwa i terroryzm. Spędzi w więzieniu w sumie 27 lat swego życia. Zdrajca i terrorysta.

Patrząc na wydarzenia z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, nie wolno nam jednak zapominać o tamtej rzeczywistości. Zanim osądzimy tego człowieka warto przypomnieć realia w RPA aż do dziewięćdziesiątych lat XX wieku. W tamtej rzeczywistości jeżeli byłeś czarnym człowiekiem, byłeś kimś gorszym, a świat był dla białych. Tamta rzeczywistość głosiła, że taki jest porządek i musisz się mu podporządkować: Apartheid, segregacja rasowa.

Wszyscy na świecie o tym wiedzieli: Francja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania… Wszyscy. Ale przecież radykalni rządzący RPA są bliżsi idei podtrzymania porządku niż ANC i jej „rewolucyjne” ciągotki, które kojarzą się zaraz z komunizmem. Możecie się więc domyślać, jaki to ma wpływ na „trzeźwo patrzący świat”.

Ówczesny świat patrzył na wydarzenia w RPA i myślał: lepiej nic nie robić. Straszne, ale prawdziwe. Żaden liczący się człowiek, żaden autorytet: ani De Gaulle, ani Reagan, ani Thatcher – nikt nie zajął stanowiska po stronie Mandeli. Właściwie, to zarówno Thatcher jak i Reagan nazywali go: „zwykły terrorysta”.

Dopiero po upływie lat, KAŻDY prezydent chciał mieć zdjęcie z Mandelą. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych KAŻDY chciał się z nim spotkać i skorzystać z jego rady albo jego niesamowitej charyzmy. I dopiero teraz wszyscy prezydenci spieszą, by oddać Mu ostatni hołd, używając w swych przemówieniach słów podkreślających jego wielkość i to ile zrobił dla całego świata oraz jak wielka to jest dziś strata.

Gdzie byli ci wielcy wtedy? Gdzie ich odwaga? Można dziś ocenić stanowiska tych „wielkich prezydentów”, dbających o porządek na świecie, tak jakby Bóg im dał do tego prawo.

Wielcy ludzie, którzy kalkulują co się opłaca, jak będzie lepiej, jak zrobić by nie musieć samemu stanąć na wysokości zadania. Wielcy, którzy boją się zmian i mówią, że lepiej jest zachować dzisiejszą niesprawiedliwość niż otworzyć oczy. Wielcy tego świata, którzy przez brak jasnego wsparcia, sprawiają, że taki Nelson Mandela nie widzi innego wyjścia niż sięgnięcie po broń, samotny idealista wobec bezdusznej polityki. Wielcy, którzy przez swe zachowanie, czasem brak wizji, brak ideałów, a czasem brak odwagi ponoszą odpowiedzialność za to, że człowiek nie wytrzymuje i wybucha, że bezsilny sięga po rozwiązania siłowe.

Wtedy łatwo go nazwać terrorystą. Łatwo powiedzieć: Widzicie? To tylko terrorysta, miałem rację nie wspierając go. Jak można takich ludzi wspierać?

W latach 1970 – 1980, większość tych „wielkich” stała na stanowisku, że apartheid jest złym systemem. Jednak samo zrozumienie, że apartheid jest zły w praktyce jeszcze niczego nie zmienia. Przez stanowisko takich autorytetów jak prezydent Stanów Zjednoczonych – Reagan, który do końca starał się nie dopuścić do sankcji przeciwko apartheidowi, sytuacja w RPA się nie zmieniała, a „terrorysta” Mandela dalej siedział w więzieniu. Taki był wynik postawy: „Ok, apartheid jest zły, musi się zmienić, ale zmiany muszą następować powoli”. 

Dziękuję Bogu, że zmiany zaszły (aczkolwiek cena była wysoka) i że Mandela nie umarł w więzieniu, bo ci wielcy, nawet by się nad tym nie zastanowili. I może nie mieliby nawet okazji zająć właściwego stanowiska wobec całego tego zagadnienia. Mandela, dopóki żył, był żywym świadectwem tego, że potrzebujemy bohaterów (tak jak Izrael potrzebował bohaterów wiary).

Dziękuję Bogu za to, że co jakiś czas rodzą się Bohaterowie zdolni udźwignąć ciężar, którego inni wolą nie dotykać.

Dziękuję Bogu za to, że Mandela wytrwał w więzieniu a opuszczając je dał nam lekcje wytrwałości, wierności ideałom, walki o ideały, uczynków, prawdy, przebaczania, pojednania i POKOJU.

Dziękuję Bogu za ludzi, których obdarzył On wielkimi ideałami ale i wielką siłą moralną i fizyczną by mogli połączyć ideały z czynami.

Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani" (Mat. 5:9).

Na koniec dwa osobiste apele:

(1) Starajmy się sami nie doprowadzać do sytuacji, gdzie człowiek nie ma innego wyjścia jak tylko wybuchnąć albo odejść i pamiętajmy, że ponosimy za to odpowiedzialność.

(2) Czasem warto stanąć w obronie tego, którego inni łatwo nazwali: „terrorysta”.

Udostępnij...

O Autorze

Olivier Kwarciak

Komentarze (1)

  • Barbara Skadłubowicz

    Barbara Skadłubowicz

    15 grudnia 2013 o 20:47 |
    Pięknie napisane Oliwierze,jakże prawdziwe, bo i w "naszym" poukładanym,chrześcijańskim świecie,spotykamy takich "terrorystów",którzy burzą nam, nasze poukładane stereotypy myślowe,siejąc niepokój w naszych sercach,a których czasami z góry przekreślamy,nie znając nawet...

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.