Miejsca pamięci

Autor tekstu - Ela Dziewońska | Data publikacji - piątek, 31 października 2014 | Obszar - na Wschód

Miejsca pamięci
fot. Małgorzata Kubic

Smutno, że dopiero zdjęcie, tabliczka z imieniem i nazwiskiem, daty, zwłaszcza ta druga, śmierci, ożywiają osobę, wspomnienia, wielkie obszary wspólnego życia, czas dzieciństwa, dorastania.

Ciocia Jasia była w moim życiu od zawsze i wydawało się, że tak już zostanie. Nawet kiedy pojawiły się oznaki starości, słabości, kiedy choroby nie poddawały się ziołom, kropelkom, myśl, że czas rozstania może nastąpić niedługo, jakoś się nie pojawiała. I znowu smutno, chociaż jest świadomość, że tak lepiej, że się nie męczy, że dosyć już przeżyła dobrego i złego, że czas odpocząć. Ale w pamięci zostanie uśmiechnięta, zawsze z dobrym słowem, zawsze szeroko otwierająca drzwi i serce.

Zapłakane oczy, a mnie gdzieś w oddali zagrała cygańska kapela, bo niedaleko domu Jasi, pod lasem, widziałam ich po raz pierwszy. Spędzali kilka miesięcy nad jeziorkiem położonym w środku lasu, ale nam, dzieciom wtedy, nie wolno było tam chodzić, ale na pociechę czasami tabory przystawały na polach i wtedy paliło się ognisko, dziewczyny tańczyły, ktoś śpiewał. Nie wiem dzisiaj czy to pamięć, czy obraz utworzony z jakichś opowieści, ale ten kulig po cudnie ośnieżonym lesie, na którym czarował wszystkich uśmiechnięty, przystojny Wacek, syn Jasi, wydarzył się naprawdę. Dziś trudno wywołać z pamięci pojedyncze spotkania, bo było ich tak wiele – wspólnych śpiewów, badań, bo Jasia badać, czytać uważnie, dogłębnie lubiła do końca swych świadomych dni.

Kochała liczby. Nie mogłam się nadziwić, kiedy chwaliła się, że pamiętała daty urodzin Julka, Stasi, ich dzieci, moje, moich rodziców i wielu innych, wspólnych znajomych. Fascynowały ją i te liczby, które próbowały wyznaczyć „czas końca”, rozumieć plany i zamiary Najwyższego.

I ręce miała Jasia zmyślne, pracowite. Ileż nakleiły pierogów, ile uformowały gołąbków. A swetrów, czapek ile z kolorowych włóczek wyczarowały.

I te wyjazdy na konwencje zapamiętam, bo oni jakiś większy samochód mieli więc ona, matka karmicielka całej gromady jechała z koszykiem pełnym chleba, sznycelków, które podawała zgłodniałej gromadzie posmarowane musztardą. Dobre!

Lubiliśmy Jasię, ciocię Jasię odwiedzać: pieszo, na rowerach, potem samochodem. W kuchni, gdzie nas przyjmowała zawszy był gwar, ktoś z dużej rodziny przychodził pogadać, ktoś po radę, ktoś tylko posiedzieć chwilę. Dla wszystkich serdeczna, opowiadała, śmiała się, wspominała.

I Biblia zawsze leżała otwarta na stole. I Tomy. To było dla niej najważniejsze.

Udostępnij...

O Autorze

Ela Dziewońska