Moc wiary czy wiara w mocy?

Autor tekstu - Romek Kopak | Data publikacji - piątek, 29 września 2017 | Obszar - na Wschód

(opowieść subiektywna)

Moc wiary czy wiara w mocy?

Wierzę.
Ja wierzę.
Czy Ty wierzysz? W co wierzysz?
Nie wierzę. Nie do wiary!
Wierz mi.
Uwierz!
Jestem wierzący. Jestem wierzący, ale nie praktykujący.

W jakich okolicznościach i na ile przypadków odmieniamy te słowa: „wierzę, wiara”?

Wydawać by się mogło, że wiara to dla osoby uznającej sprawczą moc Bożą sprawa podstawowa.

A bez wiary nie można podobać się Bogu; albowiem ten, co przystępuje do Boga, wierzyć musi, że jest Bóg, a że nagrodę daje tym, którzy go szukają – Hebr. 11:6.                       

Ba, w codziennym życiu, kontaktach międzyludzkich wiara potrzeba jest do funkcjonowania. Tak po prostu. W szkole, pracy, w biznesie.

A ile tego, tej wiary, jest w naszym codziennym życiu? Na ile ufamy słowom Jezusa:
Jeślibyście, mając wiarę jako ziarno gorczyczne, rzekli tej górze: Przenieś się stąd na ono miejsce, tedy się przeniesie, a nic niemożebnego wam nie będzie – Ew. Mat. 17:20.

W ostatnim czasie przekonałem się jak małą mam wiarę. Przekonałem się też, jak wielka jest moc w słowach Jezusa.

Miałem wielką przyjemność uczestniczyć w kursie dla dzieci w Hebdowie.

Przy tej okazji, tak prywatnie, pragnę podziękować za zorganizowanie tego kursu Krysi i Pawłowi Kupskim.

Za udostępnienie swojego domu, gospodarstwa, pola, gliny, oraz wszystkich innych zasobów, włącznie z cierpliwością, wyrozumiałością i miłością Hani i Krzyśkowi Siwkom.

Oczywiście, kurs nie odbył się tylko ich wysiłkiem, ale również innych zaangażowanych osób, jednak im chcę podziękować szczególnie, za to, że i ja z rodziną mogłem tam być. Dziękuję.

Wracając do tematu…

Pewnego dnia jeden z prowadzących zajęcia dla dzieci (nie wiem który i czy to nie był wspólny pomysł), zaproponował, aby dzieciaki przeciągnęły ciągnik.

Słowem wyjaśnienia: jednym z głównych tematów kursu była „wiara”.

Starano się dzieciom pokazać mężów Bożych, którzy dzięki pokładanej w Bogu wierze mogli wiele zdziałać.

Niemniej, czas leciał i pora była przejść od słów do czynów.

Zdradzę tutaj trochę „kuchni”. Gdy pojawił się pomysł, aby przeciągnąć ciągnik, taki… no wiecie. Taki, jaki mają Siwkowie na podwórku, waży on z 10 ton. Podwórko u Siwków natomiast jest lekko problematyczne do realizacji takich pomysłów, gdyż nie jest płaskie a pochyłe. Tak mówiąc eufemistycznie. I to w tym niewłaściwym kierunku pochyłe. Czyli mówiąc językiem prostszym, jest pod górkę. Sporą.

Górka, nie górka, dzieciom trzeba pokazać jak działa i CZY działa wiara, o której tyle się nasłuchały w ciągu tygodnia. Przystąpiliśmy do burzy mózgów, aby wymyślić sposób jak ruszyć te 10 ton. Ktoś podał pomysł: Sznur. Przywiązać do ciągnika. Ok. Dobra. Ale co dalej. Dzieci jest z 50-60, więc i tak nie dadzą rady. Trzebaby jakoś ten sznur tak zawiązać, aby siła była większa. Może coś w rodzaju dyszla, zaproponowałem. Jednak pomysł nie spodobał się. To może, dorośli pomogą. TAK! to jest dobry pomysł.

Plan więc już był. Prosty. Zawiązano szur. Znam się na tym, więc zawiązałem tak, aby później łatwo było rozplątać (nie spodziewałem się problemów, ale lepiej dmuchać na zimne). Zawiązano w ten sposób, że zrobiono jakby trzy zaprzęgi. Dzieci miały stanąć w linii każdej z lin, aby wspólnym wysiłkiem spróbować, powtarzam, spróbować ruszyć z posad 10 ton. Wystarczyło nam, dorosłym, że ruszą ciągnik z miejsca.

Będzie dobrze. Dzieci. Małe. Tak od 5 do 15 lat w grupie tych 50 sztuk powinny dać radę. No i my pomożemy. Dorośli. W końcu mamy trochę pary. Gdy będziemy widzieli, że one nie dają rady, to my im ruszymy z posad te 10 ton. Zobaczą, co to znaczy wiarą ruszyć wielki ciągnik.

Koło ciągnika jest większe niż ja. Sam ciągnik wygląda jak machina rodem z filmów s-f. Kierowca w nim ginie na tle nieba i łanów kukurydzy, więc nawet dla dorosłych ten ciągnik wydaje się ogromny. I taki jest.

Ale damy radę. Tak wierzyliśmy. My i dzieci. My właściwie przekonywaliśmy dzieci, że to możliwe, aby ruszyć i przetoczyć ten ciągnik pod górę. Nie, żeby na samą górę, no bez przesady! Wystarczy tak… aby, koło drgnęło.

Dał radę Gedeon z 300 wojownikami pobić armię Midianitów? Dał radę! To my nie damy rady?

No i nadszedł moment próby (…)

Dzieci chwyciły sznur. Napięły go. My, dorośli razem z nimi. Ja sam bardzo mocno chwyciłem i zaparłem się, aby ruszyć z miejsca. Aby, choć drgnął ten ciągnik, te dziesięć ton stali i oleju. Aby chociaż poczuć, że jednak… da się.

To co nastąpiło później trwa we mnie do dzisiaj i zapewne zostanie do końca moich dni.

Sznur, który trzymałem, uciekał mi z rąk. Ciągnik toczył się! Dzieci, które ciągnęły linę, poruszały się pod górę. To było jak film. Widziałem na nim, jak 10 ton jedzie, JEDZIE!!! Do góry. Nie centymetr, nie drgnięcie. Jedzie; pół metra, metr, dwa, trzy. Nie wiem ile przejechał ciągnik. Wiem, że ja praktycznie nie wziąłem w tym udziału. Owszem, ciągnąłem, ale linę bez obciążenia.

To był na tyle długi odcinek, że musieliśmy krzyknąć do jednego z pracowników, aby wskoczył do ciągnika i zahamował, gdyż istniało ryzyko, że po chwili potwór stoczy się w dół i uszkodzi stojące poniżej auta lub sam ulegnie uszkodzeniu.

Oczywiście euforia wszystkich była wielka. Ruszyliśmy ciągnik z miejsca! 10 ton nam niestraszne!

Pojawił się pomysł, aby dzieci same, bez pomocy dorosłych, przeciągnęły potwora.

Szybko ustawiły się przy linach i…

Ciągnik pokonał kolejny metr pod górę. Nie było tego dużo. Metr. Pięćdziesięcioro dzieci w wieku od 5 do 15 lat same przeciągnęło ciągnik!

 

Teraz pora na nas, my dorośli postanowiliśmy zmierzyć się z tym zadaniem. Było nas co prawda mniej, kilkanaście osób. Dorośli, duża część mężczyzn. Nie z takimi problemami przecież mierzyliśmy się w życiu! Damy więc radę. Mamy wiarę w końcu, czyż nie? Nie tylko wierzyliśmy, że damy radę, ale i w to, że po prostu mamy na tyle siły. Byliśmy więc po prostu tego pewni!

Zaparłem się. Nie możemy być gorsi. Dzieci same przeciągnęły z metr, to my również damy radę i pociągniemy ze 2 metry.

Poczułem wpinającą się w ręce linę. Poczułem jak asfalt umyka mi spod nóg. W wyobraźni poczułem ten smród palącej się gumy, gdy koła chcą... Widziałem tę parę buchającą z kotłów…

No dobra, za pierwszym razem, nie udało się. Spróbujmy jeszcze raz.

Po trzecim razie, dzieci stwierdziły, że to zabieg marketingowy i pewnie hamulec ręczny jest zaciągnięty (o co wcześniej apelowaliśmy do operatora).

Niestety, ręczny nie był zaciągnięty.

Nie daliśmy rady. My dorośli, polegliśmy. Dzieci były silniejsze.

Tak mogłaby skończyć się ta opowieść; grupa dzieci jest silniejsza od grupy dorosłych.

Ja jednak wyciągam inne wnioski. Chciałbym tę historię skończyć w inny sposób.

„…i nie staniecie się jako dzieci…” – Ew. Mat. 18:3.

One miały wiarę, pociągnęły bo UWIERZYŁY, że mogą ruszyć z miejsca 10 ton.

My (może tylko ja byłem słabym ogniwem?) nie wierzyliśmy, byliśmy raczej może pewni, że możemy siłą naszych mięśni poruszyć tę kupę stali i to pod górę. Wiedzieliśmy, że owszem, da się ją poruszyć (być może), ale w końcu to, jak mawiał Tuwim: „ciężka maszyna, zziajana, zdyszana”

A dzieci? Dzieci nie wiedziały, one myślały, że to: „fraszka, igraszka, zabawka blaszana.”

Ja później z pół godziny męczyłem się, aby rozwiązać (łatwy!) węzeł, który sam zawiązałem. Węzeł gordyjski?

Pozdrawiam dzieciaki z Hebdowa
Tak trzymajcie.

PS. Następnym razem dachówki jednak polecą.

Udostępnij...

O Autorze

Romek Kopak

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.