Kiedy nikt nie patrzy

Autor tekstu - Kasia Śmiałkowska | Data publikacji - piątek, 06 stycznia 2017 | Obszar - na Zachód

Kiedy nikt nie patrzy
fot. Tomek Śmiałkowski

Minionej jesieni w drodze do Yellowstone zatrzymaliśmy się w Valley City, wbrew szumnemu „City” w nazwie niezbyt wielkim miasteczku w Północnej Dakocie. Koło siedem tysięcy mieszkańców – trzynaste pod względem liczby ludności miasto w stanie!

Północna Dakota generalnie jest dość pusta; na powierzchni równej mniej więcej połowie Polski naliczyć można niecałe 800 000 osób, co nie daje nawet czterech ludzi na kilometr kwadratowy. Nic dziwnego, że stolica to ledwie 80 000 mieszkańców, a przypadająca nam jazda międzystanówką jest raczej monotonna, tym bardziej, że trasa wygląda tak:


Źródło: Wikipedia - Interstate 94 in North Dakota

Valley City znane jest z wiaduktów kolejowych, a szczególnie ciekawy dla pasjonatów kolejnictwa jest ponadkilometrowy Hi-Line Bridge, z górą sto lat temu przerzucony 50 metrów nad rzeką Sheyenne. Stanowił kluczowe ogniwo kolei transkontynentalnej, a podczas wojen światowych był tak ważny, że przed ewentualnym sabotażem strzegli go żołnierze.

Struktura i dziś robi wrażenie, pozostając jednym z najwyższych i najdłuższych jednotorowych wiaduktów w kraju. Patrzymy na tę kładkę przecinającą błękitne niebo wysoko ponad naszymi głowami i myślimy sobie, że maszyniści muszą zaiste mieć nerwy ze stali, przejeżdżając po czymś takim, właściwie bez zabezpieczenia, bo nie ma mowy, żeby rachityczne barierki powstrzymały skład przed katastrofą.

Nie o wiaduktach jednak ma być mowa w niniejszej kartce z dziennika podróży, tylko o naszym pierwszym przystanku w Valley City. Wyczytaliśmy mianowicie, że przy jednej z głównych ulic miasteczka mieści się niezwykła kawiarnia, zupełnie bez obsługi, działająca na zasadzie uczciwości klientów.

Gdy wchodzimy do całkiem sporego pomieszczenia, okazuje się, że to nie tylko kawiarnia. Są i zabawki dla dzieci, i gry, i pianino, i mnóstwo książek na półkach. Książki można czytać na miejscu, można też sobie kupić. Ile kosztują? Ogłoszenia w ramkach podpowiadają: „Jeśli książka Ci się spodobała, zapłać dolara. Jeśli Cię zachwyciła, daj piątkę.”

Ściany obwieszone są pięknymi patchworkami – podchodzę do jednego z nich, na którym sielankowe portrety królików przeplatają się z motywami patriotycznymi, żeby obejrzeć ściegi z bliska. Za każdym razem takie dzieła napełniają mnie podziwem, jako że moja przygoda z patchworkiem zakończyła się na jednym jaśku, bo wnet brakło mi cierpliwości i precyzji.

Nie da się, rzecz jasna, nie zauważyć lady ze smakołykami. Przezroczysta gablotka mieści rozmaite ciastka, w lodówce czeka schłodzona woda i inne napoje. W urządzeniu typu Kuerig można sobie zrobić herbatę, kawę, gorącą czekoladę. Wszystko opatrzone jest ręcznie wypisanymi cenami.

Jak za to zapłacić? Ano, można samodzielnie kartą kredytową w poręcznym czytniku, lub też można wrzucić do skarbonki gotówkę albo czek. Zasady kawiarni mówią, że można zaokrąglić w dół, jeśli komuś brak grosza, albo też i w górę, jeśli ktoś czuje się hojny.

Robimy sobie po kawie, zaokrąglamy w górę, bo jakoś głupio byłoby w dół. Zasiadamy przy jednym ze stolików i obserwujemy to niezwykłe skrzyżowanie kawiarni z biblioteką, świetlicą, miejscem spotkań i kto wie, czym jeszcze. Przy długim stole rozłożyła się nastolatka z zeszytami i książkami, pewnie odrabia zadanie. Kawałek dalej młodzieniec z laptopem, może dlatego, że kawiarnia oferuje darmowe wi-fi. Przy kolejnym stoliku trzy starsze panie, wyglądają na miejscowe. Wpada ktoś po ciastko, ktoś inny robi sobie herbatę.

Jak to działa i czemu nie splajtowało tuż po otwarciu? Nie znika ani dość kosztowny Keurig, ani inne elementy wyposażenia. Z tego, co czytamy na kawiarnianej stronie, dochody są o jakieś 15% wyższe niż powinny, sądząc po ubywających towarach. Od czasu do czasu zdarzy się przypadek kradzieży, ale generalnie wszyscy płacą i to więcej, niż się należy. I nie jest to chyba kwestia dwóch kamer, które umieszczone są tak, że spokojnie można wyjść bez uiszczenia należności.

Gdy wychodzimy, przy okrągłym stoliku przed kawiarnią napotykamy starszego pana – pytam, czy jest właścicielem. Okazuje się, że nie, ale to tylko wstęp do dłuższej pogawędki. (Tomek ma rację, że jeśli nam się gdzieś śpieszy, nie należy zadawać żadnych pytań, bo coś takiego jak krótka rozmowa na naszych wyprawach jest zjawiskiem dość rzadkim). Jak zwykle pada pytanie, skąd jesteśmy. Równie standardowo odpowiadamy, że obecnie z Chicago, originally from Poland. Jeśli się tego ostatniego nie powie, to i tak w 9 przypadkach na 10 zapytają o akcent.

Rozmawiamy o wiaduktach, pan dopytuje się, jak zamierzamy do nich trafić. Wyciągam Kindle’a, na którym mam spisane współrzędne GPS. To dopiero ekscytujący temat! Pan stwierdza, że zacytuje nas jako przykład, bo jest w kontakcie z rządem stanowym w Bismarck w sprawie tego, że wszystkie atrakcje powinny być w przewodnikach i innych informacjach opatrzone współrzędnymi, takie nastały czasy, że jest to konieczne.

Odrywamy się wreszcie od sympatycznego pana, jedziemy pod wiadukty (nie omieszkał nam objaśnić szczegółowo wszystkich zakrętów), cały czas w atmosferze lekkiego niedowierzania, co do tej kawiarni, gdzie nikt nie patrzy na ręce, a ludzie okazują się uczciwi. Nie wiadomo, czy przekłada się to na inne dziedziny ich życia, ale na pewno jest to świetna lekcja dla chrześcijanina.

Uczciwość to robienie tego, co jest właściwe, nawet kiedy nikt nie patrzy – napisał C.S. Lewis i dobrze jest sobie o tym od czasu do czasu przypomnieć. Czy zapłacę za toaletę, jeśli nikt tego nie pilnuje? Czy wrzucę do skarbonki monetę za broszurkę na początku szlaku – a jeśli nie, to czy ją potem rzeczywiście oddam do skrzynki? Czy rzucę śmieć na trawnik, jeśli nie ma wokół żywej duszy? Czy w pracy wykonuję wszystko uczciwie i starannie, nawet jeśli nikt tego nie sprawdza?

Z drobiazgów składają się rzeczy większe. Małe niedbalstwa przyzwyczajają do znaczniejszych, wprowadzają luz do sumienia. Na tablicy informacyjnej o wiadukcie czytamy o blisko milionie nitów, jakimi połączone są części struktury. Jeśli nawet kilka z nich zamontowano niedokładnie, nic do tej pory się nie stało, podobnie jak rzucenie jednego papierka na trawę nie spowoduje żadnej katastrofy. Ale jednak: Kto wierny jest w małym, i w wielkim wiernym jest.


Zdjęcia – Tomek Śmiałkowski

Udostępnij...

O Autorze

Kasia Śmiałkowska

Komentarze (3)

  • Elżbieta Dziewońska

    Elżbieta Dziewońska

    09 stycznia 2017 o 18:07 |
    Kasiu,
    nie dotarłam jeszcze do Leśnego Baru, jaki znajduje się po czeskiej stronie, ale niedaleko od nas. Poczekam na Was, bo tam warto być, to magiczne miejsce, jak twierdzi mój kolega z pracy. Chata jest przy szlaku, opiekuje się nią nadleśniczy nadleśniczy, który dowozi drewno, pieczywo, napoje i można tam zjeść, napić się kawy, piwa, zapalić ognisko, upiec kiełbasę. Wszystko jest przygotowane, nie ma tylko obsługi. Korony wrzuca się do puszki. Ponoć kradzieże zdarzają się bardzo rzadko. Zapraszam na wspólną wyprawę. Mnie do Dakoty na pewno dalej:)
  • Romek

    Romek

    08 stycznia 2017 o 08:27 |
    Errata do wczorajszego komentarza.
    Nie jest tak cudownie z ptakami jak mi się zdawało. Tego "naszego" Kosa zaczął przeganiać, i to skutecznie, bardzo podobny do Kosa, ale jednak inny, z wyglądu, ptak. Skutecznie go odganiał od jedzenia. Sam nie je tylko siedzi na gałęzi i obserwuje. Jak przylatuje Kos to go przegania i to goniąc za nim. Historia się powtarza kilka razy. Nie wiedzieliśmy co to za ptak. Okazało się, że to też Kos. Pani Kos(!)
    Kobieta mnie bije!!
  • Romek

    Romek

    07 stycznia 2017 o 15:59 |
    Kasiu,
    tak właściwie to nie wiem czy na temat, do Twojego tekstu, ale nasunęły mi się taki oto spostrzeżenia...
    Ponieważ mieszkamy sobie tak troszkę za miastem (delikatnie mówiąc) a wokół same pola, łąki i lasy. Mamy przyjemność wielką obserwować świat zwierząt, do którego wkroczyliśmy w brudnych buciorach z wybudowanym domem, w środku lasu.
    Gdy teraz nastała dość sroga zima. Sypnęło śniegiem i ścięło mrozem -20 st.C już kolejny dzień i noc to możemy obserwować karmik który wystawiliśmy dla ptaków.
    Obserwujemy je jak korzystają z darmowego i łatwego posiłku. Wszystkie ptaki przylatujące na posiłek biorą sobie ziarenko i odlatują. Są takie co przysiadają i zjadają na miejscu i są takie co biorą na wynos. Nie mniej, tyle ile potrzebują. Nie ma żadnego ptaszka z workiem na zapas. Nie ma zorganizowanych grup które pilnują, aby nikt inny nie korzystał. Owszem zdarzają się sytuacje, gdy jeden osobnik przegania innego. Niemniej, nie jest to "na śmierć i życie". Starczy dla mnie, starczy dla ciebie. Wszyscy damy radę się tu pożywić.
    Dzisiaj przyleciał Kos. Widać było, że jest słaby i potrzebuje takiego fast foodu. Usiadł, zjadł. Odpoczął i znowu zjadł. Tak z kilka godzin. Nie przeganiał innych, nie wyznaczał swojego terytorium, pozwalał innym również sie posilać.
    Jaki wniosek? Ano taki, że musimy się uczyć od innych zwierząt, ptaków. Jeżeli ktoś postawił nam karmik (kawiarnię) nie znaczy to, że jest tylko dla nas i nie może nikt inny korzystać z niego. My dodatkowo wyposażeni w coś co nazywamy rozumem wiemy, że nie ma nic za darmo. Więc trzeba za tę kawę z ciastkiem zapłacić.
    Ptaki też nam płacą. Pięknym śpiewem i tym, że są.
    Są jeszcze myszki polne które również mieszkają pod karmikiem i podobnie jak ptaki mają tę samą zasadę. Najedz się i zostaw resztę dla innych.
    Pozdrawiam
    Ps. Po pewnej rozmowie inaczej zacząłem podchodzić do tak zwanego „marnowania jedzenia” W sumie nie ma czegoś takiego. Jeżeli ja nie zjem, mogę podzielić się ze zwierzętami.

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.