Matka chorego dziecka

Autor tekstu - Basia Honkisz | Data publikacji - piątek, 26 lipca 2013 | Obszar - na Zachód

Matka chorego dziecka
fot. Marta Kaleta

Krótkie włosy, bo tak wygodniej. Sportowe buty, praktyczny strój. Nie wepchniesz się do kolejki przed nią, nie da się zbyć byle słowem. Wyprostowana sylwetka, podniesiona dumnie głowa. O chorobie wie więcej niż niejeden lekarz, zna możliwości leczenia, jest niezwykle wymagająca – żąda tego, co najlepsze. Jakbym miała opisać ją jednym słowem: WALECZNA. Można poznać ją w poczekalni na izbie przyjęć zanim zobaczy się jej dziecko – upośledzone, słabe, bezbronne. Matka chorego dziecka.

Oczywiście nie wszystkie takie są – dzielne, silne. Na pewno część się poddaje, na pewno niektóre sytuacja przerasta. Ale większość tych spotkanych na szpitalnych korytarzach jest właśnie taka – budzą szacunek i podziw. Czy ja potrafiłabym taka być w ich sytuacji? Czy nie poddałabym się, płacząc całymi dniami? Albo nie odeszła – jak niestety wielu rodziców chorych dzieci – szukając szczęścia gdzie indziej?

Zapewne mieszkanie i wychowywanie chorego dziecka w Polsce dodatkowo kształtuje charakter. Niezliczone bariery architektoniczne – nawet do windy musi być wysoki próg lub parę schodków. Niewydolny system opieki zdrowotnej – ciągłe proszenie o fundusze w rozmaitych fundacjach i instytucjach zapewne wymaga sporej pokory i determinacji. Dodatkowo te przykre uwagi w sklepach i na ulicy, zniecierpliwione spojrzenia, gdy dziecko nie zachowuje się tak jak jego zdrowi rówieśnicy... Nic więc dziwnego, że w bardzo poruszającej, według mnie, kampanii społecznej „Nie mażę się, ale marzę o...”, rodzice chorych dzieci przedstawieni są jako superbohaterowie: matka chorego na autyzm – jako biegaczka w maratonie, matka chłopca po porażeniu mózgowym – jako siłaczka podnosząca ciężary, inna – jako pracownik z młotem pneumatycznym. Mówią: nie mażę się, ale marzę o lekkim dniu, wieczorze w filharmonii, chwili wytchnienia.

No tak, ale co to ma wspólnego z Biblią?

Przyznam, że zawsze z zaciekawieniem słucham historii o tym, jak w starożytności chore dzieci zrzucano ze skarpy lub, że kiedyś nie opłakiwano zmarłych dzieci. Zastanawiam się – czy świat zmienił się aż tak bardzo? Czy ta sama kobieta, która dzisiaj walczy o swoje miejsce w kolejce na izbie przyjęć, parę tysięcy lat temu zostawiłaby swoje dziecko na pewną śmierć? Moja lektura Ewangelii potwierdza jednak to, o czym pisał już Piotr Kubic – że świat się zmienia, a człowiek nie tak bardzo. Jest paru rodziców w Ewangeliach, którzy troszczą się bardzo o swoje dzieci. Przyprowadzają je do Jezusa – chore, aby uzdrowił; zdrowe – aby pobłogosławił. Jednak to kobieta opisana w 15 rozdziale Ewangelii Mateusza to prawdziwa Matka Chorego Dziecka – taka, jak te, które z podziwem obserwujemy w szpitalnych salach.

I wyszedłszy stamtąd, udał się Jezus w okolice Tyru i Sydonu. I oto niewiasta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała, mówiąc: Zmiłuj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Córka moja jest okrutnie dręczona przez demona. On zaś nie odpowiedział jej ani słowa. I przystąpiwszy uczniowie jego, prosili go, mówiąc: Odpraw ją, gdyż woła za nami. A On, odpowiadając, rzekł: Jestem posłany tylko do owiec zaginionych z domu Izraela. Lecz ona przyszła, złożyła mu pokłon i rzekła: Panie, pomóż mi! A On, odpowiadając, rzekł: Niedobrze jest brać chleb dzieci i rzucać szczeniętom. Ona zaś rzekła: Tak, Panie, ale i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu panów ich. Wtedy Jezus, odpowiadając, rzekł do niej: Niewiasto, wielka jest wiara twoja; niechaj ci się stanie, jak chcesz. I uleczona została jej córka od tej godziny (Mat. 15:21-28).

Determinacja tej kobiety jest zadziwiająca. Ja sama pewnie już po komentarzach uczniów zdecydowałabym się wrócić do domu. Oddawanie pokłonu niechętnemu uzdrowicielowi z innego kraju? W innej Ewangelii mamy jeszcze jeden szczegół: I wyruszył stamtąd, i udał się w okolice Tyru. I wstąpił do domu, ale nie chciał, aby się ktoś o tym dowiedział; nie mógł się jednak ukryć. Lecz niewiasta, której córka miała ducha nieczystego, skoro usłyszała o nim, przybiegła i padła mu do nóg (Mar. 7:24-25). Można przypuszczać, że słyszała o Jezusie, że wypatrywała go, wyczekiwała. Być może Pan Jezus odmawia jej i ignoruje, by pokazać nam jej determinację. Determinację, którą On docenia, którą pochwala! Dla mnie to kolejne potwierdzenie w biblijnych opowieściach, że to co się Bogu podoba, to wcale nie potulne siedzenie w kącie. To odwaga w dążeniu do dobrego celu!

I jeszcze jedna refleksja: czytając starożytne dzieła – takie jak „Antygona” czy „Król Edyp” mam wrażenie, że opisują one emocje czy realia zupełnie dla mnie obce, nie ze świata, który znam. Chęć pochowania brata, bunt przeciwko królowi, rozpaczliwa walka z przeznaczeniem – to problemy bardzo ode mnie odległe. Niewiasta kananejska prosząca o uzdrowienie swojej córki to już coś znajomego. Co dzisiaj by robiła? Założyła fundację? Awanturowała się w NFZecie? Jeździła na zagraniczne konsultacje? Postawy i emocje bohaterów biblijnych – mimo że niewiele młodsze niż starożytne dzieła – to coś, co rozumiem, co czuję. W oszczędnych słowach opisany jest cały świat – a nasz od tamtejszego różni się głównie tym, że wtedy przechadzał się między nimi Najwspanialszy z Lekarzy.

Warto pomyśleć też o naszej roli dziś. Na stronie www.niemazesie.pl jest zakładka „Co możesz zrobić?”. To proste rady, które pozwolą choć na chwilę uprzyjemnić trudną codzienność takich osób. Rozglądajmy się wkoło, zauważajmy potrzebujących, nie odwracajmy wzroku. Nie bądźmy obojętni.

Udostępnij...

O Autorze

Basia Honkisz

Basia Honkisz