Nauka porządku – relacja z frontu

Autor tekstu - Romek Kopak | Data publikacji - piątek, 04 listopada 2016 | Obszar - na Zachód

(nie wiem, czy podawać jakiś werset przewodni)

Kontynuacja tekstu: Nauka (?) porządku

29 października

Tydzień (to będzie długi tydzień, ze względu na wolne dni) zaczął się dalszą eskalacją oraz większym chaosem niż poprzedni. Nic nie wskazywało, że może nastąpić jakakolwiek poprawa. Obrońcy resztkami sił przekonywali Benjamina i Klarę, że granice ich królestw to drzwi ich pokoi. Dalej nie wolno im wynieść ani jednego klocka, ani jednego pluszaka. Poniedziałek i wtorek ograniczały się tylko do obrony niezainfekowanych terenów.

Gosia w godzinach popołudniowych, w poniedziałek, wspomniała coś o możliwości pojawienia się na terenach objętych „klęską zabawkową” nieproszonych gości. Wspomniała Benkowi, że takie warunki lubią np. myszy i szczury. Wspomniała, że trzeba będzie zamykać drzwi do naszej sypialni, aby te miłe stworzenia nie zawitały i do nas. Z relacji Gosi: „Zobaczyłam oczy Benka wielkie jak koła od pojazdu LEGO z kolekcji Nexo Knights”.

Nie drążyła już tematu, lecz po godzinie ja poszedłem rozejrzeć się, czy aby w pokoju nie ma nieproszonych gości.

Obrana taktyka zaczęła przynosić efekty. Przeważające atakujące siły zostały zatrzymane. Wyglądało tak, jakby agresorzy opadali z sił. Jeszcze nie cofali się, jednak zaczęły pojawiać się wyłomy w szeregach atakujących. Być może powodem takiego stanu rzeczy było to, że już niczego nie mogli wyrzucić z szafek.

Najpierw pojawiły się głosy, że „to nie ja zrobiłem ten bałagan, to Klara” (Benjamin), „Nie, to Benek” (Klara). Skąd my to znamy J.

Wtorek zastał nas już z zupełnie innym nastawieniem. Odetchnęliśmy z ulgą. Nasze zmęczone, zmaltretowane nadzieje ożywiły się. Zatrzymaliśmy ofensywę. Zza chmur wyjrzało słońce. Nieśmiałe, tak jakby wstydziło się, ale jednak… świeciło. Uff, to już dobrze. Lecz czy teraz nie nastąpi umocnienie na pozycjach, które może potrwać wiele lat? Czy nie zbliża się kolejne zlodowacenie Epoki Lodowcowej? Czy dożyjemy, że zobaczymy w pokojach dzieci słońce? Czy uda nam się kiedyś wejść do pokoju i nie pokaleczyć nóg o klocki? Czy?... Tak wiele pytań kłębiło nam się w głowie.

Jak długo da się tak żyć? Rok? Pięć lat? Do emerytury? Ja mam już niewiele, tylko z 15 lat, ale Gosia… Czy wytrzyma?

Niedobrze. Niespodziewanie, otrzymaliśmy nieoficjalne informacje, że możemy spodziewać się kilku komisji oceniających przestrzeganie praw.

Jedna zapowiedziała się niespodziewanie jeszcze w niedzielę. Była to, na szczęście, zaprzyjaźniona delegacja, jej się nie obawialiśmy. Przyjęli ze zrozumieniem (i litościwym uśmiechem) wysiłki, które prowadzimy. „Nie wiedzą, co to dzieci?” Nie mniej, widok zrobił na nich wrażenie. Sankcji jednak nie nałożyli.

Natomiast, jak będzie w tym tygodniu? Jedna delegacja ma pojawić się w sobotę i zostać na obserwacji do niedzieli. Kolejna, krótsza spodziewana jest w niedzielę. Obie są poważnymi, doświadczonymi w misjach obserwatorami. Ta sobotnia już ma dzieci w wieku, w którym powoduje się zupełnie inne szkody. Niedzielna ma to wszystko, co prawda, za sobą (teraz mają na co dzień pod obserwacją, jako stała komisja, dzieci z kolejnego pokolenia), jednak właśnie ta może okazać się kluczowa dla całości kampanii.

Nie wiemy, jak przyjmą nasze wysiłki i tłumaczenia, sprawdzanie czy przestrzegane są wszelkie konwencje. Czy nie skierują wniosku do Komisji Weneckiej lub mniej upolitycznionego TK? Czy nie skierują wniosku o wstrzymanie wypłaty gotówkowej 500+, a w zamian dadzą bony?

Same niewiadome.

Może nie uznać opinii?

Powołać własnych przedstawicieli?

Zlekceważyć?

Napisać własną ustawę?

Środa niespodziewanie przyniosła nam kilka zaskakujących wiadomości. Klara oznajmiła Gosi, że przestaje atakować i prosi o rozejm. Poprosiła o pomoc w uprzątnięciu zabawek! Muszę się przyznać, że ja również dokonałem małej (ale jednak) dywersji. Gdy dzieci były w szkole i przedszkolu, zebrałem trochę śmieci: papierki po cukierkach, czekoladach, czekoladkach, mniam, mniam, paluszkach, lizakach, ciasteczkach, chusteczki… Wyszło tego tak z… ja wiem? – pełen średniej wielkości drobnicowiec lub gazowiec, który ostatnio zawinął do portu w Świnoujściu. No, OK, trochę więcej, ale niedużo.

Miałem chwilę słabości i nadzieję, że nie zostanie to wykorzystane przeciwko nam. Miałem również nadzieję, że atakujący nie zauważą, że coś zmieniło się w pokojach.

Ich przyjście do domu przyniosło mi ulgę. Nic nie zauważyli! Yes! Yes! Yes! (tak na marginesie, ale to między nami, byłoby to niezwykle trudne zauważyć „coś”).

Tak czy inaczej, Gosia wyraziła zgodę na próbę uprzątnięcia pola chaosu u Klary.

Zajęło to ponad 2 godziny.

Pokój Klary, z widocznym i aktywnym jej udziałem, zamienił się w pokój małej, słodkiej, czteroletniej dziewczynki. Grzecznie poustawiane zabawki, lalki i pluszaki (ok. 473szt.). Podłoga, na której widać… podłogę. Udało się nawet dostrzec światło z lampy na suficie!

Nagle, w ten ponury październikowy dzień zaczęły śpiewać ptaki. Uwierzcie mi, chyba usłyszałem skowronka! NIESAMOWITE!!!

Benjamin stwierdził, że jutro pora na jego pokój. „Ale Klara ma mi pomóc!” „A ty pomagałeś?”, „Nie, ale…”

No właśnie.

Czwartek minął szybko. Nim Benjamin się spostrzegł był już piątek po południu.

Gosia częściowo zdezerterowała. W czwartek wieczorem po rozmowie telefonicznej z jedną z delegacji nakłoniła Benka do ustępstw. W piątek Benek pozwolił, aby w czasie jego pobytu w szkole, uprzątnąć pole bitwy i zebrać rannych. Gosia nie potrzebowała nic więcej. Gdy przyszedłem do domu po kilku godzinach nie poznałem terenu walki. Myślałem, że pomyliłem pomieszczenia i zamiast do pokoju Benjamina wstąpiłem wprost do Sejmu. Wszędzie porządek, zero bałaganu.

Nie przyjmowałem tłumaczeń.

To była dywersja! Samowola!

Rozumiem już teraz potrzebę powołania Obrony Terytorialnej. No cóż stało się. Widocznie widmo nadjeżdżającej Wysokiej Komisji zrobiło swoje. Helsinki ze swoją komisją też nie są tak daleko, a trybunał w Hadze cały czas obraduje. UNESCO rozpoczęło dyskusję nad akcją pomocy. Rada Bezpieczeństwa została zwołana na następny tydzień.

A przecież są jeszcze zapowiedziane komisje.

Sobota zaczęła się dla obrońców od wypicia kilku kaw. Na uspokojenie. Później trzeba było sięgnąć po mocniejsze i trwalsze środki obrony. Rumianek, zielona herbata, waleriana, melisa….

Nasze obawy okazały się niepotrzebne. Komisja zajęła się innymi ważnymi tematami (umieliśmy odwrócić uwagę podając dobrą kolację J).

Część komisji wzięła udział w dalszej inwazji, powodując, że wcześniejsze cofnięcie się frontu przeszło do historii i działania wojenne wróciły na najdalsze osiągnięte wcześniej pozycje.

To nic. Komisja nie reagowała, a to było najbardziej w tym momencie istotne.

Kolejna komisja to będzie grzeczna wycieczka.

Po jednodniowej przerwie zawitała. Niestety, myliliśmy się srodze i boleśnie. TA komisja nie dała się zbyć byle czym, a do pomocy wzięła dodatkowych obserwatorów. Nie pomogła wystawna kolacja. Nie pomogły nasze ostrzeżenia, że to zbyt niebezpieczne wchodzić na tereny objęte działaniami. Przystąpili do natychmiastowej kontroli.

Sprawdzali wszystko. Czy dzieci mają zapewniony dostęp do świeżej i czystej wody, żywności? Czy w razie epidemii mogą się ewakuować do sypialni? Co będzie, gdy obrońcy w akcie rozpaczy porzucą linie obrony i zaczną oglądać najnowsze odcinki „House of cards” sezon XXV lub „Vikingowie” sezon XXIX?

Chcieli uzyskać szczegółowe dane. Nie pomogło podanie: łososia zapiekanego w białym winie (z Alzacji) z kaparami oraz świeżym koperkiem, ciasta ze śliwkami, kawy oraz wielu innych przekąsek i napitków.

Nie pomogło, że droga dotarcia na linię frontu tonęła w zwałach błota, ociekała w strugach deszczu, że trzeba było przedzierać się w porze nocnej, prawie w całkowitym zaciemnieniu.

Ta komisja, która wydawała nam się przyjazna (wszak sami ją zaprosiliśmy), okazała się dokładna, szczegółowa, trzymająca się wszelkich przepisów, konwencji. Nie działały na nią żadne piękne (moje) oczy. (Ech! Co za czasy!)

Rozszerzyli swoje obserwacje na kolejny dzień. Wbrew ustaleniom! Skandal! Wiedzieliśmy już, że nie są bezstronni, ale było już za późno!

Opinia zostanie wydana w terminie późniejszym. Przynajmniej tyle udało nam się osiągnąć.

Na linii frontu jednak cały czas trwały intensywne działania. Napierający widząc swoją siłę w niesprawiedliwym, stronniczym działaniu komisji, wzmocnili ofensywę. Jednak, na nasze szczęście, do czasu. Po wyjeździe komisji (nareszcie!) działania cichły. Miało dojść do wstrzymania ofensywy. Tak, lecz czy nie będą to tylko posunięcia w celu odwrócenia uwagi?

Znaleziono, co prawda, takie coś z ogonem i wytrzeszczonymi oczami. To dawało nam przewagę (to była dywersja, ha, ha) ale nie wiedzieliśmy na jak długo to zatrzyma ekspansję na wschód.

Chwilowo udaje się utrzymywać spokój na froncie. Nie słychać odgłosów nowej kampanii. Nie widać przygotowań do dalszej ekspansji.

Mamy nadzieję, że atakujący odpuścili. Po ponownym SAMODZIELNYM, DOBROWOLNYM uprzątnięciu (w środę) pola walki panuje względny spokój i porządek.

Dzieci wiedzą już jak wygląda świat chaosu. Na jak długo tej lekcji wystarczy? Nie wiemy. Może nasze dzieci, a wierzymy w nie, nadają się jednak do szkoły odpowiedzialności. Są przecież inteligentne (po dziadkach, oczywiście) i wiedzą już czym grozi chaos w pokojach.

Czy było warto to przetrwać? Narazić się na komentarze, że… (nie będę pisał, każdy z podstawowej komórki społecznej wie o czym miałbym zamilczeć).

W tym (półtora) tygodniu to tyle. Jak starczy mi sił to napiszę, co powodowało mną, aby opisać te zmagania. Nie jestem ani ekshibicjonistą ani potworem znęcającym się nad swoimi dziećmi.

Proszę również o wyrażanie swoich wrażeń po całej akcji, nie tyle jak je odbieracie ale czy warto „walczyć” ze swoimi dziećmi, aby im „coś” przekazać. Wszak są „przyszłością narodu badaczy” a my ich wychowawcami. Czy może lepiej im kazać? I już.

Dziękuję za uwagę.

Z pola walki,
korespondent wojenny – Romek

Udostępnij...

O Autorze

Romek Kopak

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.