Marcin Luter - Kościół i klasztor

Autor tekstu - Beniamin Pogoda | Data publikacji - piątek, 17 stycznia 2014 | Obszar - na Zachód

(11) "Oręż, którym walczymy"

Marcin Luter - Kościół i klasztor
fot. Adam Hejduk

Kontynuacja tekstu: "Oręż, którym walczymy"

Marcin wstąpił do klasztoru augustianów w Erfurcie; klasztor nazywano Czarnym, a reguły zakonnej – zresztą dość surowej – skrupulatnie w nim przestrzegano. Zakon nie miał w swej historii ani jednego świętego, ale też – o ironio – aż do czasów Lutra nie uchował się wśród augustianów żaden heretyk. Wybór Lutra nie był przypadkowy; klasztory i zakony, nawet tej samej reguły, różniły się bowiem znacznie, a instytucja, pod której skrzydłami chronił się znękany młodzieniec, nie była monolitem bez skazy.

Ówczesny świat, na poły średniowieczny jeszcze, rozkochany w kolorach, miał barwy tęczy – lecz obok błękitu nieba była tam jadowita żółć i zło – według słów Izajasza proroka czerwone jak szkarłat. W świecie tym pobożność sąsiadowała z wyzyskiem w imię Boga, a wspaniałość nabożeństw służyła za przykrywkę dla tych, którzy na religii nieźle się urządzili. Erfurt był tego przykładem, jednym z wielu – a typowym tak bardzo, że kto żył w tym mieście, mógł powiedzieć, że poznał już wszystkie. W niezrównany sposób umiał to opisać historyk niemiecki Richard Friedenthal w swej świetnej biografii Lutra*. Marcin, przybywając do Erfurtu, miał lat 18 i studiował w tym mieście cztery lata – niemożliwe, by nie spostrzegł tego, co było aż nadto widoczne dla wszystkich.

"Pośrodku miasta z mnóstwem wież wznosiła się kolegiata Św. Seweryna i katedra – zespół budowli o charakterze zamkowym, o sylwetce najbardziej fantazyjnej i malowniczej, jaką pozostawiło średniowiecze. Nie były to jedynie kościoły i kaplice, ale małe miasto w mieście, z wysoko uprzywilejowanymi fundacjami i kanonikami kapitulnymi, arystokracją kościelnej hierarchii. Żyli oni wygodnie z dostatnich beneficjów, ich mieszkania były urządzone równie pięknie, jak świątynie, w których wspaniale rzeźbione stalle wyraźnie podkreślały, że zajmujący w nich miejsca prezbiterowie chcą być czymś innym, lepszym niż plebs w ławkach kościelnej nawy. W domach zasiadali oni przy bogato intarsjowanych stołach, pili dobre trunki, a zasobne ich piwnice ujawniły swą zawartość w całej okazałej pełni wtedy, gdy zaczęła się wojna z klerem, a niecny lud ośmielił się pić małmazję i reńskie wina duchownych. Jak większość kanoników we wszystkich krajach, mieli konkubiny. U jednego z ludowych pieśniarzy czytamy:

Z Wurzburga dziewę ma kononik,
czternaście lat w katedrze strawił,

mszy ani jednej nie odprawił.

(...) W ówczesnym Erfurcie było ponad 90 kościołów i kaplic oraz 36 domów zakonnych. Klasztor augustianów, do którego wstąpił Luter, był jednym z wielu i to jednym z mniejszych; reprezentowane tam były niemal wszystkie zakony, we wszystkich odmianach reguł, habitów i trybu klasztornego życia (...) Regułą zakonników 'regularnych' było życie raczej rozluźnione. Najczęściej nie trzymali się oni ani przepisów, ani cel klasztornych. Można ich było spotkać na wszystkich świeckich uroczystościach i zabawach, radośnie biesiadowali wszędzie, gdzie tylko zastawiony był stół; ale niektórym spośród nich nie było czego zazdrościć. Poza wysoko uposażonymi fundacjami klasztornymi żyła bowiem liczna warstwa duchownego proletariatu, zakonników, którzy w powycieranych, na pół podartych habitach żebrząc włóczyli się po mieście. W praktyce rozwarstwienie duchowieństwa, które teoretycznie miało tworzyć jeden stan, odpowiadało dość dokładnie stanowej strukturze reszty społeczeństwa, z arystokracją, mieszczaństwem i plebejuszami; tyle tylko, że przy każdej okazji powoływano się na prawa i przywileje, jakie nadawał 'character indelebilis' – niezniszczalna właściwość uzyskiwana przez święcenia, swoisty immunitet chroniący nawet wtedy, gdy duchowny dopuścił się kradzieży, cudzołóstwa z zamężną kobietą czy nawet popełnił morderstwo" *

Ale zakon i klasztor miał też inną twarz – wychudzoną postami twarz księcia von Anhalt, którą Luter zapamiętał z lat szkolnych – z zapadłymi oczyma patrzącymi spod mniszego kaptura. Przejmujący ten obraz tkwił głęboko w pamięci Marcina; może nawet przypomniał mu się pod Stotternheim?

"Widziałem go na własne oczy – wspominał Luter – miałem czternaście lat, kiedy byłem w Magdeburgu. Widziałem, jak taszczył swój wór niczym osioł. Tak bardzo wyniszczył się postami i czuwaniami, że wyglądał jak żywy trup – sama skóra i kości. Nie można było nań patrzeć, nie czując wstydu za własne życie."**

* Richard Friedenthal, "Marcin Luter i jego czasy, PIW W-wa 1991
** Roland Bainton "Tak oto stoję", Areopag Katowice 1995


Kontynuacja - część XII. Za bramą


Cykl: "Oręż, którym walczymy" - spis odcinków


 

Udostępnij...

O Autorze

Beniamin Pogoda

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.