Marcin Luter - Sejm Rzeszy w Wormacji (2)

Autor tekstu - Beniamin Pogoda | Data publikacji - piątek, 14 listopada 2014 | Obszar - na Zachód

(49) "Oręż, którym walczymy"

Marcin Luter - Sejm Rzeszy w Wormacji (2)
fot. Maria Kraska

Kontynuacja tekstu: „Oręż, którym walczymy”

W swej kwaterze u joannitów Luter przygotowywał się na dzień następny. Zachował się arkusz z zapisanymi jego ręką notatkami: „W ustnej odpowiedzi” – pisał – „może zdarzyć się coś z nieostrożności, zbyt wiele lub zbyt mało, z naruszeniem mojego sumienia. I choćby wśród słów popłynęło, gdy...” – tu raptem urywa się pismo.

Nazajutrz Luter stawił się przed cesarzem w sali jeszcze bardziej zatłoczonej; tłum popychał go przed samo oblicze monarchy i książąt. Było późno, wnet miał zapaść zmierzch – w nabitej ludźmi sali zapalono pochodnie. Luter przepraszał cesarza i dostojnych panów za możliwe pomyłki i uchybienia w tytulaturze. Potem ponownie przyznał się do autorstwa wystawionych przed nim książek – tak, to on je napisał. Ale odwołać tego, co w nich zawarł, nie może.

Mówił dalej, powołując się na Biblię. Zacytował słowa Chrystusa z Ewangelii Św. Jana: Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, że źle (Jana 18:23). „Dajcie więc świadectwo z Pisma” – domagał się Luter – „z proroctw i z Ewangelii udowodnijcie mi błąd!” Mówił mocnym i pewnym głosem, inaczej, niż dnia poprzedniego. Słowa jego tłumaczono cesarzowi na francuski, Karol V bowiem nie znał niemieckiego, podobnie zresztą jak wiele osób z jego otoczenia. Luter znów odwołał się do Ewangelii – wie, że jego nauka stała się zarzewiem walk i sporów, ale czyż nie tak nauczał Chrystus?: Nie mniemajcie, żem przyszedł, by przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z ojcem jego i córkę z matką jej (Mat. 10:34-35). Sięgając z kolei do Starego Testamentu, Luter ostrzegał: faraon egipski, król babiloński Nabuchodonozor, wreszcie odstępczy władcy izraelscy – żaden z nich nie ostał się, gdy usiłował stawić opór Bogu – Jego woli i wyrokom nie sposób się bowiem sprzeciwić.

Cudzoziemcy z otoczenia cesarza żądali, by powtórzył to jeszcze raz, po łacinie. Z nadmiaru emocji Luter był bliski wyczerpania; zauważył to jakiś życzliwy mu szlachcic niemiecki, stojący opodal – „Jeśli więcej nie zdołacie, doktorze panie, to tyle też wystarczy”. Słabnący Luter zebrał ostatek sił i przełożył swą mowę na łacinę. Cesarz z doradcami powstali z miejsc – udali się na naradę.

Krótko trwała przerwa, znowu pojawił się cesarz. Arcybiskup Trewiru polecił swemu oficjałowi, by zostawił dla Lutra jakąś furtkę do pojednania. W imieniu cesarza i dostojnych panów oficjał zapytał: „Spójrz, Marcinie, na ten wielki autorytet tysiącletniego Kościoła. Na jego świętych ojców, papieży, doktorów. Miałżebyś sam tylko być mądry? Możesz pobłądzić. Jeśli w twoich pismach, Marcinie, są dobre treści, to nie ma dla nich groźby. Cesarz postąpi z nimi łaskawie, skoro tylko zmienisz swe postanowienie. Najpierw jednak odwołaj – w słowach zupełnie jasnych – inaczej czeka cię zniszczenie i zapomnienie na wieki. Odwołujesz, czy odmawiasz?”

Luter odpowiedział – w słowach zupełnie jasnych: “Jeśli nie zostanę przekonany przez świadectwa z Pisma Świętego i jasne argumenty rozumu – bo nie mogę wierzyć ani papieżowi, ani nawet soborom, które jawnie się myliły i wzajem sobie przeczyły – to pozostanę związany własnym sumieniem i Bożym słowem. Dlatego nie mogę i nie chcę niczego odwoływać, czynić bowiem coś wbrew sumieniu nie jest rzeczą ani pewną, ani bezpieczną. Tak stoję i nie mogę inaczej, niech Bóg mnie wspomaga. Amen.

Na sali wybuchła wrzawa. Oficjał wołał do Lutra: „Nigdy nie udowodnisz, Marcinie, że sobory się myliły! Już prędzej – błędy w kościelnej dyscyplinie!” Luter głośno odkrzyknął: „Mogę udowodnić!” Na to wszystko podniósł się z miejsca cesarz: „Dosyć” – dał znak ręką – „żadnych dyskusji! Odprowadzić tego człowieka!” Zarządził koniec obrad i wyszedł ze swoją świtą. Luter, turniejowym obyczajem niemieckim, podniósł obie ręce do góry – „Mam to wreszcie za sobą, za sobą!”

Herold Rzeszy z eskortą odprowadził go do klasztoru joannitów. Hiszpańscy gwardziści cesarscy, stojący konno przed bramą, wołali za nimi: „Al fuego!” (Do ognia!). Na szczęście, nikt ze zgromadzonych Niemców nie rozumiał po hiszpańsku – doszłoby pewnie do walki, polałaby się krew. Luter schronił się w klasztorze – odczuwał bezmierną ulgę.

Był to koniec dnia, ale nie koniec konfliktu. Jak pisze mistrz Richard Friedenthal: “Okrzyk <na stos, do ognia> zabrzmiał dopowiedzeniem już w wiele lat później. Cesarz Karol V, gdy rozbiły się jego plany, po życiu pełnym wojen przeciwko papieżom i heretykom, Francuzom i Turkom, zrzekł się tronu i zakupił piękną willę w Yuste w Hiszpanii, niedaleko klasztoru. Rozmawiał czasem z zakonnikami. W Hiszpanii ujawniły się właśnie ogniska herezji, pomimo ostrego nadzoru inkwizycji. <Trzeba przeciwdziałać bez litości stwierdził cesarz – Palić! Ani trochę współczucia! Nie wolno mieć względu na skruchę oskarżonego. Popełniłem błąd – powiedział w zamyśleniu – nie niszcząc wtedy Lutra; nie miałem wszak obowiązku dotrzymywać danego mu słowa. Nie zniszczyłem go i tak błąd rozrósł się do potwornych rozmiarów. Mogłem temu zapobiec...>

Rozmyślał dalej na głos, w obecności zakonników, którzy przekazali jego słowa. <Nie wolno z heretykami prowadzić rozmów, debatować, a nawet ich wysłuchiwać. Mają tak żywe i przemyślane argumenty dowodowe, że łatwo mogą zamącić w głowach. A jeśli jakiś fałszywy argument utkwi mi w myślach, co wtedy? Kto będzie dość silny, by wyrwać go z mojej duszy?>

Luter już nie żył, ale obaj wielcy przeciwnicy stoją w tej scenie znów naprzeciwko siebie, jak ongiś w Wormacji. Luter nierzadko także życzył śmierci swoim wrogom; tryumfował złośliwie, gdy któryś z nich umarł w żałosnych okolicznościach, czy został – jak Zwingli – zabity. Ale zaufał Słowu i trudno o nim powiedzieć, by dusza jego nie była dość silna, by oprzeć się argumentom przeciwników. Cesarz – człowiek władzy – zaufał sile. Siła jest jedynym jego środkiem dowodowym. Tragizmem Karola było to, że musiał przeżyć i doświadczyć, jak zawodzi i rozsypuje się jego największy argument, właściwie jedyny: odwołanie się do siły. I jeszcze większy tragizm był w tym, że przy tej okazji na dwoje rozpadła się połowa narodów świata”*.

* Richard Friedenthal, Marcin Luter i jego czasy, PIW W-wa 1991


Kontynuacja - część L. Ucieczka


Cykl: „Oręż, którym walczymy” - spis odcinków


 

Udostępnij...

O Autorze

Beniamin Pogoda

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.