Polowanie na czarownice

Autor tekstu - Daniel Kaleta | Data publikacji - piątek, 17 lutego 2017 | Obszar - na Zachód

Polowanie na czarownice
fot. Kasia Śmiałkowska

Między XV a XVII wiekiem Europa i częściowo nowy amerykański świat stały się widownią szaleństwa procesów o czary. Nie licząc regularnych prześladowań Żydów, było to do tamtych czasów największe bodaj ludobójstwo. Liczba jego ofiar mogła sięgnąć nawet 100 tys., a do tego doliczyć przecież trzeba liczne przypadki innych kar, jak wygnania czy pozbawienia mienia. Przeważającą większość, bo aż 75‑80 proc. skazanych stanowiły kobiety. Osoby oskarżone o czary stawały przed sądem na podstawie podejrzeń, donosów, bez żadnego zbadania ich zasadności, a następnie były poddawane okrutnym torturom, w trakcie których często przyznawały się do najbardziej absurdalnych zarzutów po to tylko, by jak najszybciej spłonąć na stosie i nie cierpieć już kolejnych sesji „przesłuchań”.

Do dzisiaj socjolodzy, psycholodzy i historycy nie potrafią w zadowalający sposób wyjaśnić, w jaki sposób mogło dojść do tego obłędu na tak masową skalę, i to praktycznie w całym ówczesnym cywilizowanym świecie. Z pewnością pierwszy fundament pod tę zbiorową obsesję na punkcie czarów położyła fałszywa teologia Augustyna i później scholastyczna filozofia Tomasza z Akwinu. Temu drugiemu myślicielowi, w reakcji na falę ruchów odszczepieńczych XIII w., udało się nawet opracować całą teorię demonologii. Do jej rozwoju dobitnie przyczynili się następnie dominikańscy inkwizytorzy.

Niewątpliwie władze kościelne i cywilne mogły powstrzymać ten obłęd. Jednak jego utrzymanie, a nawet podsycanie, leżało wyraźnie w ich interesach. Dzięki posądzeniom o czary łatwo było się pozbyć politycznych konkurentów i pretendentów do kościelnych i państwowych urzędów. Zdaje się, że najważniejszym katalizatorem kampanii przeciwko czarownicom stała się bulla Summis desiderantes affectibus, opublikowana w 1484 r. przez „renesansowego” papieża Innocentego VIII. Również prawo procesowe cesarza Karola V umożliwiło przeprowadzanie rozpraw sądowych na tak masową skalę z wykorzystaniem aparatu państwowego. Jednak decydującym czynnikiem były nastroje w ówczesnych społeczeństwach, które sprzyjały tym wszystkim działaniom. Zawiść, wrogość wobec wszelkich odmienności oraz zwykła chciwość często prowadziły do denuncjacji i oskarżeń kończących się procesami, torturami i wyrokami śmierci przez spalenie żywcem na stosie.

Uczeni zajmującymi się tamtymi czasami uważają, że motywami kampanii oskarżeń o czary mogły być:

  • reakcja na rozgoryczenie i zagubienie niektórych kobiet z niższych sfer chłopskich;
  • patriarchalne lęki w odniesieniu do samodzielnych kobiet dysponujących realną wiedzą medyczną, również w zakresie metod zapobiegania ciąży;
  • wrogie nastawienie środowisk uniwersyteckich wobec medycyny ludowej;
  • chęć wyszukiwania „kozła ofiarnego”, którego można by było obciążyć odpowiedzialnością za najrozmaitsze nieszczęścia i niepowodzenia, czy to osobiste, czy społeczne; wcześniej rolę taką często odgrywali Żydzi, a po ich wygnaniu lub zgładzeniu zaczęły ją pełnić czarownice;
  • seksualne obsesje inkwizytorów prowadzących klasztorne życie w celibacie, którzy z upodobaniem podpowiadali kobietom na torturach rozmaite obsceniczne wersje ich rzekomych grzechów popełnionych z demonami;
  • reakcja zwierzchności kościelnych i absolutystycznych władz na przejawy oddolnej kultury ludowej;
  • szerzące się podziały wyznaniowe, skłaniające przywódców sekt do dyscyplinowania swoich członków.

Lista ta zapewne nie wyczerpuje wszystkich przyczyn, dla których okrutnie torturowano i zabijano dziesiątki tysięcy ofiar, przeważnie kobiet. Niepowodzenie lekarza i konkurowanie o klientelę stawało się na przykład przyczyną posądzenia jakiejś wiejskiej zielarki o rzucenie uroku. Własną nieumiejętność w zarządzaniu lokalni przywódcy chętnie usprawiedliwiali działalnością demonów za pośrednictwem czarownic. Epidemie wywoływane brakiem higieny i niewłaściwym stylem życia najłatwiej było uzasadnić czarami i winę zrzucić na niewinne kobiety, a przy tym urządzić sobie sadystyczno-erotyczną rozrywkę. Zwykła odmienność, niezależność myślenia, powodzenie, uroda mogły stać się przyczyną niechęci, zawiści i donosów kierowanych do trybunałów inkwizycyjnych, które wyjątkowo sumiennie i gorliwie się takimi sprawami zajmowały.

Większa część tych prześladowań przypadła na czasy reformacji i kontrreformacji. Wielcy duchowi przywódcy tamtych czasów, jak Luter, Melanchton, Kalwin czy ich katoliccy oponenci nie tylko nie wystąpili w obronie niewinnie prześladowanych kobiet, ale często jeszcze podsycali atmosferę podejrzliwości. Zwłaszcza Luter chętnie dopatrywał się wszędzie demonicznej działalności duchowych wrogów zbawienia. Nic więc dziwnego, że przyczynił się do wzbudzenia podejrzeń względem niektórych nietypowych osób o współpracę z mocami ciemności.

Najbardziej jednak zdumiewająca jest powszechność tego szaleństwa. Podejrzane były najdrobniejsze nawet odchylenia od arbitralnie ustalanej „normalności”. W polowaniu na czarownice brali udział prawie wszyscy. Jedni zazdrościli, nienawidzili, pożądali albo ulegali innym prymitywnym żądzom, czego skutkiem było donoszenie na wybrane przez siebie ofiary. W tej atmosferze oczywiście prędko znajdowali się obłudnicy, którzy chętnie wykorzystywali tę podejrzliwość do rozgrywania własnych interesów i zwiększania zakresu swej władzy. Inni znów emocjonowali się sensacyjnymi plotkami rozpowiadanymi przez donosicieli i cieszyli się, że coś „ciekawego” się dzieje. Na koniec prawie wszyscy spotykali się na wspólnej rozrywce przy stosach, na które prowadzono obdarte z ubrania kobiety...

Kres tej zbiorowej psychozie położyło dopiero oświecenie wraz z jego racjonalizmem. Wtedy nareszcie zaczęło docierać do ludzkich umysłów, że demony i duchy nie czyhają za każdym rogiem i że nie każde nieszczęście wywołane jest czarami i złym urokiem. Jednak musiało minąć kilkaset lat, w ciągu których śmierć poniosły dziesiątki tysięcy ofiar, by wreszcie, gdzieś na przełomie XVII i XVIII wieku, koszmar mógł się skończyć.

* * *

Czy dzisiaj jesteśmy już całkowicie wolni od zjawiska polowań na czarownice? Owszem, gdzieś jeszcze w Afryce zdarza się, że kobieta zostaje posądzona o czary, ale na ogół takie prześladowania są tłumione i ścigane jako zboczenia albo przestępstwa. W sensie dosłownym nikt już dzisiaj nikogo nie prześladuje z powodu praktykowania czarów i rzucania uroku. Jednak przyczyny społeczne i psychologiczne, które stały się niegdyś przyczyną zbiorowego obłędu, ciągle są aktualne, nawet jeśli nie prowadzą dzisiaj do rozpalania stosów.

Zdarza się w społecznościach, zwłaszcza religijnych, że nieoczekiwanie zaczyna się szerzyć duch podejrzliwości, wynikający z chęci usprawiedliwienia jakichś niepowodzeń działaniem sił nadprzyrodzonych; że próbuje się szukać kozłów ofiarnych i piętnować odmienność. W takich okolicznościach często rozpoczyna się „polowanie na czarownice”. Niewielkie nawet odchylenia od jakiejś wymyślonej społecznej „normy” natychmiast są wychwytywane przez uaktywniających się przy tej okazji fanatyków, są wytykane i piętnowane przez różne współczesne „trybunały inkwizycyjne”, plotkarze nareszcie mają o czym pleść, a lud cieszy się skrywaną perwersyjną radością. Oczywiście wszyscy udają, że przepełnia ich troska o słuszną sprawę i smutek z powodu rzekomych nieprawidłowości, ale w rzeczywistości chodzi o sensację, o egzekucję, o chorą radość z przyglądania się cudzym nieszczęściom w poczuciu ulgi, że to nie mnie się one przydarzają.

Czy jesteśmy więc dzisiaj wolni od ducha tego typu „polowań na czarownice”? Niech każdy rozglądnie się wokół siebie, dokona przeglądu własnych uczuć i sam odpowie sobie na to pytanie przed lustrem. Obyśmy w nim nigdy nie zobaczyli czającego się za naszymi plecami demona podejrzliwości, zawiści i nietolerancji względem odmienności.

Udostępnij...

O Autorze

Daniel Kaleta

Komentarze (5)

  • Piotr Kubic

    Piotr Kubic

    19 marca 2017 o 12:05 |
    Tak, te same mechanizmy są i dzisiaj, na szczęście kaliber jest inny – nie ma palenia na fizycznym stosie itd. Ale bardzo dotkliwie dziś odczuwamy psychiczne „spalenie na stosie”.

    Kiedyś bardzo bałem się właśnie plotek, dziś na szczęście nie czuję strachu, raczej osłupienie, kiedy ludzie powielają opinie, że np. nasza konwencja była zorganizowana w ramach rewanżu.

    Rozwiązanie doraźne widzę jedno – uodpornić się psychicznie na polowanie na czarownice, będąc jednocześnie gotowym do spłonięcia na stosie. Oraz nieustannie wierzyć w każdego człowieka, że chce dobrze, tylko mu nie wyszło.
  • dak

    dak

    23 lutego 2017 o 16:59 |
    Procesy czarownic odbywały się z oskarżenia o herezję. W znacznie mniejszym stopniu, albo w ogóle nie, chodziło o moralność. Dzisiejsze analogie w ramach kościołów, zwłaszcza fundamentalnie protestanckich (takich jak na przykład ruchy ożywieniowe wywodzące się z USA) nasuwają się same. Gdy szczegółowa teologia odgrywa zbyt wielką rolę i nagle rodzi się atmosfera rozprawy z czymś lub kimś, to właśnie zaczyna się takie polowanie na herezję i "konszachty" z demonami. Choć dzisiaj mówi się o tym kulturalniej, jako o "zwiedzeniu", to przecież chodzi o to samo, bo zwodzi szatan lub demony. Przepraszam, ale konkretniejszych przykładów nie będę podawał, bo chodzi mi o zasadę, która dotyczy wielu społeczności religijnych, nie tylko jednej.
  • Marcin Małysz

    Marcin Małysz

    23 lutego 2017 o 08:31 |
    Trochę ciężko mi sobie wyobrazić polowanie na czarownice w takim wolnościowym i wyzwolonym świecie jak zachodnia Europa. Bardziej gdzieś tam na wschodzie, w krajach islamskich, gdzie jest wyraźniejszy podział na czarne i białe. A u nas? Jedno i to samo wydarzenie może być czarne i białe, i każdy ma rację. Swoją rację. Postmodernizm. Nie ma uniwersalnej prawdy, każdy ma swoją. Czym są wychylenia od społecznej normy w dzisiejszym zachodnim świecie?. Czy u nas jest jakaś "norma"? Czy jedyną normą jest brak normy? Możesz podać jakieś przykłady współczesnego "polowania na czarownice", żeby bardziej uchwycić temat?
    Ja widzę jedynie, że głoszenie czystej Ewangelii staje się powoli ograniczane. Publiczne potępienie homoseksualizmu wrzucane jest do worka homofobii. Niektóre osoby publiczne są "palone" na stosie
    czwartej władzy, czyli mediów. Ale jakoś daleko im do czasów ciemnego średniowiecza, czy ciemnego renesansu.
    • Piotr Kubic

      Piotr Kubic

      19 marca 2017 o 11:51 |
      Marcin, publiczne potępianie homoseksualizmu NIE jest głoszeniem czystej ewangelii. Nie na tym polega ewangelia!

      Nieprawda też, że normą jest brak normy. To demagogiczne argumenty ludzi, którzy chcą sobie ponarzekać, bo rzeczywistość jest inna, niż oni sobie wyobrażają, jaka powinna być.
    • Remigiusz Kasprzykowski

      Remigiusz Kasprzykowski

      27 lutego 2017 o 19:41 |
      Protestanci wcale nie byli mili "chrzest z wody to śmierć z wody" (Luter) czy sprawa z Serwetem (Kalwin). A że niektórzy bardzo by chcieli powrotu tamtych obyczajów: dla tych o mocnych nerwach jak wszystko pięknie można usprawiedliwić, każdą zbrodnię : http://mozecoswiecej.pl/inkwizycja-cala-prawda-inkwizytor/. Osobiście zrozumiałem że tekst namawia do rozsądzenia samego siebie czy mamy ducha miłości czy demona nietolerancji, chęć do narzucenia innym tego co sami wyznajemy przemocą, a nie na drodze przekonywania i rozmowy. Cenne dzięki.

Skomentuj

Zaloguj się aby skomentować Opcjonalny login poniżej.