Dzieci moje

07 lutego 2014

Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyli.
Jeżeliby nawet kto zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca – Jezusa
Chrystusa sprawiedliwego
(I Jana 2:1)

W tym zdaniu apostolskiego listu słychać wyraźną troskę. Święty Jan jest doskonałym obserwatorem życia – głównie życia w Chrystusie. Wcześniejsze uwagi sprowadzają się do myśli: „nie okłamujcie się, zdarza się wam”, „jeżeli przyznajecie się do grzechu, możecie liczyć na przebaczenie”. Stąd bierze się przypomnienie, że istnieje pomoc w chwilach porażki. Porażki woli, a zwycięstwa żądz, które walczą w członkach waszych (tym razem święty Jakub 4:1).

Chcę Cię zarazić myśleniem o czymś, co wyziera z Janowego zdania, a nie jest istotą jego wypowiedzi.

O grzechu można mówić zakładając okulary czerwone od krwi i piekielnego ognia, można mówić ubierając się w togę i biorąc do ręki Boże Prawo, można jeszcze inaczej:

„Dzieci moje”, to nie jest pieszczotliwe sformułowanie mające osłabić grozę grzechu i nieuniknionej kary. Jan określa w ten sposób płaszczyznę swojej wypowiedzi. Angażuje się w cudzy problem. Tamten grzech jest dotykalny. Nie własny, ale bliski. Demoluje go, jak demoluje każda tragedia przychodząca na najbliższych. Dzieci to wspólnota odczuwania. Dzieci to nieuchronność współodczuwania. Chyba, że ojcostwem jest dla kogoś wyłącznie akt powołania do życia. Dzieci to partnerstwo, ale też, nierzadko, niemożność porozumienia. Tu święty Paweł jest przykładem niezliczonych doświadczeń: usta nasze otwarły się do was, Koryntianie, rozszerzyło się nasze serce. Nie brak wam miejsca w moim sercu, lecz w waszych sercach jest ciasno. Odpłacając się nam w ten sam sposób, otwórzcie się i wy: jak do swoich dzieci mówię (II Kor. 6:11). Dziecko to bliskość. Bliskość to nie wyłączność. Trafi się ktoś, kto tę bliskość przejmie. Zostawi nieco na otarcie łez :-).

Nie on jednak, powołał je do życia. Mimo absolutnej bliskości nie może powiedzieć: „moje dziecko”. Ta bliskość z urodzenia rodzi dożywotnią troskę: Nie piszę tego, żeby was zawstydzić, lecz aby was napomnieć – jako moje najdroższe dzieci. Choćbyście mieli bowiem dziesiątki tysięcy wychowawców w Chrystusie, nie macie wielu ojców; ja to właśnie przez Ewangelię zrodziłem was w Chrystusie Jezusie (I Kor. 4:14). Ta troska najmocniej i najwyraźniej objawia się, gdy po bardzo trudnych okresach powraca bliskość, miłość, bywa że zaufanie. Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus się w was ukształtuje. Jakże chciałbym być w tej chwili u was i odpowiednio zmienić swój głos; bo nie wiem, co z wami począć (Gal. 4:19).

To co napisałem dotychczas, Drogi Czytelniku „ePatmos”, to wstęp, kanwa, na którą możesz nałożyć następne zdania. Złóż to razem i przemyśl.

Jedno z ostatnich zdań jakie wypowiedział Pan Jezus na naszej ziemi brzmiało: Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody… Opowiadanie Wesołej Nowiny jest dla chrześcijanina obowiązkiem. Staje się przyjemnością, jeżeli ktoś staje się źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu (Ew. św. Jana 4:14). Bywa, że ktoś przystanie na chwilę, by posłuchać. Bywa, że na dłużej. A bywa też, że zechce oglądać to Twoje chrześcijaństwo z bliska. Pojawia się strach. Radość „głoszenia na świadectwo” zmienia się w konsternację, bo oto teoria zmienia się w praktykę. To jest tak, jakby ten bezdomny, któremu chcesz dać parę złotych, poprosił nagle: „pomóż mi”, „zajmij się mną”, „może mógłbym w tą zimową noc przespać się u ciebie…”. Słowa gładko płynące z rozgrzanych, ewangelicznych ust nie odbijają się, jak zwykle, ale więzną w czyjejś głowie. On nie wie, ty też nie wiesz – Bóg wie, że w tym momencie rodzi się Twoje „dziecko”. Ze wszystkimi tego konsekwencjami i … na długo. I głupio się cofnąć. I nie wolno zdeptać tego, co dopiero posiałeś, a ku Twojemu zaskoczeniu chce żyć!

Zachęcam Cię gorąco do urodzenia w swoim chrześcijańskim życiu chociaż jednego „dziecka”. Jakże inaczej i bardziej bogato brzmią w takiej sytuacji Janowe słowa.

Podobne tamatycznie



© | ePatmos.pl