Pięć rozsądnych dziewczyn

(1) czyli czego nie da się zostawić na ostatnią chwilę

03 maja 2013

Pięć rozsądnych dziewczyn

Autor:
Daniel Iwaniak

Przypowieści Jezusa mają zawsze swój morał i przesłanie. Zawierają też intrygujące szczegóły, które poszerzają i wzbogacają główną myśl. Przyjrzyjmy się jednej z takich opowiedzianych przez Niego historii.

Dziesięć dziewcząt uczestniczy w rytuale weselnym. Ich rola ma polegać na powitaniu pana młodego, który wkrótce uroczyście przybędzie na ucztę. Światło lamp oliwnych ma dodać blasku tej chwili. Jednak przyjazd króla wesela znacznie się odwleka i ekscytacja ustępuje miejsca zmęczeniu. Druhny zasypiają. Po jakimś czasie z drzemki wyrywa je okrzyk, że oto nadjeżdża pan młody. Gdy uruchamiają swoje lampy, połowa z nich odkrywa, że nie zabrała zapasu oleju i płomień gaśnie. Zapobiegliwe panny nie oddają im swojego paliwa – mogą tylko poradzić, gdzie je kupić. Jednak na zakupy jest już ewidentnie za późno. Gdy część z nich idzie zaopatrzyć się w oliwę, przybywa pan młody i na ucztę weselną zabiera jedynie te, które czekają na niego z zapalonymi lampami.

Mat. 25:1-13

Chyba każdy zna to uczucie, kiedy w dniu egzaminu wyraźnie uświadamiamy sobie, jakie książki należało jeszcze przeczytać, do jakich materiałów sięgnąć. Mimo że świetnie wiemy, co trzeba by było zrobić, nie ma już na to czasu. Wiele przypowieści Jezusa o tym właśnie opowiada – jest zadanie do wykonania, czas na pracę i rozwój oraz moment sprawdzania efektów. Dobre ziarno wzrasta aż do  żniwa, wtedy zostaje oddzielone od chwastów. Ryby pływają w wodzie do czasu... Gospodarz pozostawia swoich menadżerów, a po jakimś czasie wraca i rozlicza ich z zysków. W innej przypowieści niespodziewany powrót pana domu objawia, czy główny nadzorca odpowiednio karmił i dobrze traktował pracowników domostwa. Każdy z nas dostaje czas i możliwość działania.

Kluczowym punktem naszej historii staje się moment, w którym ujawnia się różnica w zwartym do tej pory towarzystwie druhen. Co dziwniejsze, te mądre nie pożyczają innym swojego oleju. Chciałoby się rzec: niekoleżeńska i niechrześcijańska postawa! Ale cóż, wesele pewnie żydowskie, więc ze świecą (a raczej lampką oliwną) szukać tu chrześcijańskich wartości :). Kiedy jednak opuścimy poziom dosłowności, ta postawa staje się bardziej zrozumiała. Wypracowanej wiedzy i umiejętności nie da się komuś przekazać. Szczególnie dotyczy to wiedzy o tym, jaki jest Bóg, i umiejętności życia według Jego zasad. Występują tu dwa pojęcia: wiedza i umiejętność. Chirurg musi mieć wnikliwą wiedzę na temat funkcjonowania ciała ludzkiego. To jednak nie wystarcza. Chcemy, by osoba operująca prócz wiedzy miała też doświadczenie, pewną rękę – efekt setek przeprowadzonych zabiegów. Te setki operacji to także zetknięcie się z setkami indywidualnych przypadków. Za tym idzie umiejętność zachowania się w różnych scenariuszach wydarzeń na sali operacyjnej.

Trzeba zdobyć wiedzę o Bogu. Jej podstawowy zakres jest prosty i człowiek o szczerym sercu przeczuje go obserwując świat przyrody oraz dobro zaszczepione w naturze ludzkiej (Rzym 1:19-20). Bóg jednak daje się poznać znacznie głębiej. Na górze Synaj dał prawo, które nie jest wcale ewidentne, a jego rozrządzenia idą często wbrew naszej intuicji. Cała Biblia to opis dobra i zła, tego, czym Bóg się zachwyca i czego nie znosi. Z tą wiedzą trzeba się zapoznać. Celowo nie używam tu rozróżnienia na teorię i praktykę. Wiedza o Bogu nie jest wyłącznie rozumowa, prócz rozumu angażuje przecież świat przeczuć i wrażeń pozazmysłowych, duchowość człowieka. Rozróżnić natomiast należy wiedzę i umiejętność. Umiejętność buduje się na wiedzy. Umiejętność to uruchomienie wiedzy i ożywienie reguł poprzez ich praktyczne stosowanie. Znana jest wszystkim zasada oddawania dobrem za złe, modlenia się za wrogów. Zrozumieć łatwo. Znacznie trudniej opanować odruch odwetu, nie mówiąc już o wypracowaniu skłonności do świadczenia przysług tym, którzy nas skrzywdzili. Pewnie można do tego dojść. Jakoś wypraktykować. Właśnie: wypraktykować. Nie ma innej drogi. Pewnie każdy z nas potrafi wskazać dziesiątki zasad biblijnych, które znamy i rozumiemy, a których nie umiemy realizować.

Czy Pan Bóg nas potrzebuje? Oczywiście. Potrzebuje ludzi nie tylko po to, by być kochanym. Niektórych będzie potrzebował do realizacji swoich wielkich zamierzeń. W przyszłym świecie, kiedy osądzone zostanie to, co złe, a wybrukowana droga dobra – potrzebni będą praktycy. Ludzie z doświadczeniem w czynieniu dobra. Ci, którzy oprócz wskazania celu, mogą powiedzieć, jak do niego dojść. Bo wiedzieć, że palenie szkodzi, to jedno, a umieć zwalczyć nałóg i głód nikotynowy – to drugie. Kiedy szukamy pomocy w walce z nałogami, kierujemy się do ludzi, którzy sami taką drogę już przeszli. Podobnie jest, kiedy chcemy walczyć z nałogiem grzechu, z którym się urodziliśmy i którego doświadczyliśmy. Na ucztę weselną wchodzą ci, którzy mają wystarczający zapas oliwy, by poświecić innym lampką oliwną swojego życia.

Przesłanie historii o oczekiwaniu na przybycie pana młodego napawa mnie trwogą. Przychodzi moment, w którym nie można już nadrobić straconego czasu. Jest pora na gromadzenie oleju, doświadczanie mocy ducha świętego, by uczyć się czynić dobro. Kiedy jednak przychodzi ten, na kogo czekają druhny, potrzebne jest już tylko światło lampki, za późno kupować. Nikt z nas nie wie, ile czasu mu pozostało, zanim stanie na tej ostatecznej próbie. Pismo wzywa nas, byśmy pracowali nad sobą, „póki się dziś nazywa”. Nie wiem, ile potrwa moje „dziś”. Widziałem ludzi, których „dziś” zgasło przedwcześnie i niespodziewanie. Nie wyliczę, ile czasu Bóg wyznaczył mnie i światu. Nie mam wyjścia – muszę robić zapasy dobra. Patrzeć na świat i choć w części zrozumieć, jak rodzi się zło i gdzie są źródła dobra. Codziennie uczyć się podawać kubek zimnej wody. Czy wystarczy?

Kontynuacja: Pięć rozsądnych dziewczyn - (2) bardziej osobiście



© | ePatmos.pl