Czy można zrozumieć cierpienie?

09 maja 2014

Czy można zrozumieć cierpienie?

Autor:
Paulina Rączkowska

Istnieją rodzaje cierpienia, których współczesna medycyna w niektórych sytuacjach nie potrafi pokonać. Przykładem jest ból fizyczny i emocjonalny w zaawansowanej fazie choroby nowotworowej, kiedy na pewnym etapie największe dawki bardzo silnych leków przeciwbólowych, a czasami również oddziałujących na psychikę, nie mogą go całkowicie usunąć.

Nie sposób sobie tego wyobrazić, ale o tym jak wiele waży taki ból dowodzi to, jak zmienia się człowiek, który go doświadcza – te ciężkie doznania przeobrażają jego rysy, deformują ciało, zakłócają tok myślenia, wyraźnie ujawniają się w każdym geście i spojrzeniu. Osoby tak głęboko cierpiące poznać można na przykład w hospicjum. W takim miejscu kumulacja cierpienia jest naprawdę wielka, ale nie tylko ból fizyczny uderza najbardziej. Często chorzy trudniej znoszą inne przejawy cierpienia, na przykład samotność, świadomość tego, że nikt bliski już nie przyjdzie by potrzymać za rękę. Zdarza się, że z chorym nie sposób porozumieć się słownie z powodu zaburzonej świadomości albo konieczności oddychania przez rurkę tracheostomijną. Wystarczy jednak zwrócić uwagę na drżące, słabnące ciało osoby, która z powodu lokalizacji guza musi większą część dnia spędzić stojąc, nieme łzy kogoś, komu mały gest pomaga oderwać myśli od rejonów ciała, gdzie bolesne przerzuty stale przypominają o wzrastającym zasięgu choroby, zanotować sugestywne spojrzenie wyrażające lęk, że każdy kolejny oddech staje się coraz trudniejszy. Tego typu sytuacje nie wymagają słów by uzmysłowić sobie, że ciężar przeżywanych emocji sięgać może granic ludzkiej wytrzymałości. Niemal każdy, kto znajdzie się w takich okolicznościach zadaje sobie pytania o jego sens. Ja również zastanawiam się nad tym, ale chciałabym zrozumieć tę tajemnicę przez pryzmat Słowa Bożego, z perspektywy kogoś poszukującego odpowiedzi i w odniesieniu do takich osób.

Przeżywane cierpienie lub jego doświadczanie przez bliskich może powodować pojawienie się myśli, że jeśli Bóg na to pozwala, to nie sposób Jemu zaufać. Czasami można usłyszeć pytanie: „Jeśli Bóg jest dobry, to dlaczego pozwala na istnienie cierpienia?” Jak się do tego odnieść? Co powiedzieć, by usunąć przeszkodę jaką tak zadane pytanie buduje? Obawiam się takich pytań, ale czuję również, że taka postawa wobec cierpienia i konfrontowanie go z intencjami Pana Boga to ogromne zagrożenie dla człowieka – tworzy dystans, nie pozwala Bogu zadziałać, sprawia, że łatwo przeoczyć Jego wyciągniętą dłoń. Czasem wydaje się, że kierunek, w którym podążamy jest już tym najwłaściwszym. Ale jeśli jest to mylne wrażenie, wtedy bywa, że dopiero wyraźny znak pomaga nam to zrozumieć. Doświadczenie cierpienia może mimo wszystko pomóc człowiekowi. Przede wszystkim zatrzymać go na błędnej drodze, przekreślić niewłaściwe ścieżki i doprowadzić do nawrócenia. W wymiarze doczesnym zweryfikować relacje z innymi ludźmi, naprawić niezażegnane konflikty, odmienić system wyznawanych wartości, ale też wnieść wartość w życie innego człowieka – to ogromna zasługa. Niekoniecznie zabiera godność, wręcz przeciwnie, może właśnie ją podkreślić, gdy staje się świadectwem – obrazuje to biblijna historia Hioba. Kiedy traci on całe swoje mienie, giną jego dzieci a ciało dotyka bolesna choroba, mówi: „Dobre przyjmujemy od Boga, czy nie mielibyśmy przyjmować i złego?” Po pewnym czasie rodzi się jednak sprzeciw, pragnienie by otrzymać wyjaśnienie. Ważną cechą Hioba jest jednak pewien rodzaj wytrwałości w przyjętej postawie wyczekiwania i wewnętrznej walki z pokusą złorzeczenia Bogu. W końcu wyznaje przed Nim: Tylko ze słyszenia wiedziałem o Tobie, lecz teraz moje oko ujrzało Cię (Hioba 42:5). Okazuje się, że życie Hioba przybiera właściwy kierunek dzięki temu co na pewien czas go złamało. Biblia uczy, że Boża sprawiedliwość nie musi spełniać ludzkich standardów, dlatego mimo braku wyjaśnienia i faktu, że cierpienie pozostaje tajemnicą, ważna jest świadomość, że można skorzystać z tych okoliczności by udowodnić czy wierność człowieka wobec Boga nie jest ograniczona przywiązaniem do tego co przemija, warunkowana jedynie strachem przed własną przyszłością. Właściwym celem jest wiara niestawiająca Bogu wymagań („Jeśli mi Boże pomożesz, to będę się codziennie modlić”), silna bez względu na okoliczności, wyrażana przez wzgląd na Boga a nie nas samych.

Jezus uzdrawiając mężczyznę niewidomego od urodzenia (Ew. Jana 9:1-7) wypowiedział ważne słowa: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, lecz aby się na nim objawiły dzieła Boże. A więc choroba niekoniecznie jest konsekwencją osobistej grzeszności, słabości i Bożego gniewu. W pierwszych wersetach Biblii czytamy, że wszystko co Bóg uczynił było dobre. Zatem wszelkie zło pochodzi od tego, co zakłóciło ten zamysł, doskonały Boży plan. Trudy życia można odbierać jako cenę niezależności, na którą człowiek z własnej woli się zdecydował, choć ta, jak się okazuje, często go przerasta. Istnienie cierpienia jest jednoznacznie negatywne, niezgodne z tym jak ludzką egzystencję zaplanował Stwórca, dlatego istotnie budzi sprzeciw. Wartościową myślą jest jednak, że można je wykorzystać dając świadectwo i przyzwolenie do objawienia Bożej sprawiedliwości. Bywa, że akceptacja to zwycięstwo. Potwierdza to apostoł Paweł: Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie (2 Kor. 4:16-18).

Rzekł (…) Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? (Ew. Jana 11:25-26). To ważne pytanie. Chrześcijanie starają się w swoim życiu naśladować Pana Jezusa. Są obszary, w których jest to bardzo trudne, w tym względzie jednak nie można wybierać, jest to zadanie, realizacja planu: Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych (Ew. Mat. 11:29). Czasem doświadczając czegoś, co nas przerasta, jest ponad siły, zapominamy, że przybliżając się do Jezusa nie musimy tego nieść sami. On naucza, że nie chodzi o rozumienie pokory tylko jako uniżenia i umartwienia, lecz jako pokój serca, który cierpliwie, ale też z odwagą przyjmuje i powierza Bogu wszystko podejmując trudy życia. Mając Jezusa za wzór i wsparcie za pośrednictwem Jego realnej obecności w naszym życiu, człowiek ma szansę postępować w sposób godny Bożej pochwały: W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom (Hebr. 2:18).

Pan Jezus dokonywał wielu cudów i uzdrowień, uleczał jednak raczej tych, którzy do Niego przychodzili, chcieli poznać – Albowiem wielu uzdrowił, tak iż ci wszyscy, którzy byli dotknięci chorobą, cisnęli się do niego, aby się go dotknąć (Ew. Mar. 3:10). Dlaczego obecnie człowiek czasem zapomina, że aby dotknąć Jego szaty trzeba podejść jeszcze bliżej? Albo co gorsza zaprzecza temu, że potrzebuje też duchowego uzdrowienia i zamyka swoje serce? Czy biblijny cud mógłby się dokonać, gdyby niewidomy nie zaufał i nie zdecydował, że pójdzie obmyć się w sadzawce Syloe? Mamy przywilej osobistego poznania Kogoś, kto nauczyć nas może zaufania, kto był tu na Ziemi w ludzkim ciele i doznał człowieczeństwa w najpełniejszym wymiarze, przechodząc przede wszystkim duchowe, ale też fizyczne cierpienia. Niezawinione cierpienia... Jezus, który nigdy nie zgrzeszył (Hebr. 4:15) odczuł to, co każdy powinien, przeżył stan opuszczenia, być może w pewnym momencie czuł się oddalony od Boga. Nie były to uczucia Mu znane, bo Jego więź z Ojcem była do tego momentu pełna i trwała, ale przeżył je z pokorą za ludzi, aby człowiek, gdy tylko zawierzy Panu, nigdy tego opuszczenia nie doznał (Izaj. 53:4-5). Syn umierając na krzyżu zawołał: Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mojego. Zatem jeśli Bóg nie sprawia cudu, to być może znaczy, że chce się posłużyć daną okolicznością w jakimś ważnym celu? Być może chce ofiarować coś innego, czego znaczenia w danym momencie jeszcze nie jesteśmy świadomi? Lecz ci, którzy ufają Panu, nabierają siły, wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły, biegną, a nie mdleją, idą, a nie ustają (Izaj. 40:31).

Odchodzimy, a świat nie zauważa tego, na pozór nic się nie zmienia... Dni człowieka są jak trawa; kwitnie jak kwiat na polu: ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma, i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje (Psalm 103:15-16). Śmierć jest tajemnicza, przerywa związki między bliskimi sobie osobami, przychodzi zawsze za wcześnie, mimo to lepiej jest, gdy mamy jakiś czas by się do niej przygotować. Tymczasem jednak w Biblii znajdujemy nadzieję ocalenia przez wiarę. Wtedy śmierć może stać się dopiero zapowiedzią, początkiem nowego – to wspaniała, umacniająca obietnica: Ale w tym wszystkim zwyciężamy przez tego, który nas umiłował. Albowiem jestem tego pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani potęgi niebieskie, ani teraźniejszość, ani przyszłość, ani moce, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszymRzym. 8:38-39.

Na reakcję chorego na ból składa się zarówno jego bezpośrednie odczucie fizyczne, ale także to, co chory myśli na temat przyczyn swoich doznań, jest uwarunkowana uczuciami, może być modyfikowana przez otoczenie na przykład przez obecność, zaspokojenie potrzeby bliskości i bezpieczeństwa. To, że akceptacja wpływa na odczuwanie tych doznań można wyjaśnić na podstawie teorii, według której ból jest opisywany jako czteroetapowy proces – po wrażeniu zmysłowym i prostej reakcji uczuciowej przykrości, następuje trzeci etap – cierpienia. Jest to ból całościowy obejmujący efekty fizyczne i emocjonalne, reakcje uczuciowe są bardziej już rozbudowane, pozostające w związku z poglądami chorego na temat bólu i jego cechami osobowości. Nastawienie chorego, przyjęty przez niego system wartości wpływają na ostatni etap – ekspresję, czyli zachowanie bólowe, manifestację cierpienia. Możliwe, że miarą ludzkich możliwości poznania nie jesteśmy w stanie zrozumieć przyczyn cierpienia, ale z pewnością nie taki powinien być nasz podstawowy cel. Skupianie się na tym, co stanowi przeszkodę, a nie na tym, co można zrobić, aby ją przezwyciężyć, może zatrzymać w miejscu. Nie jest też właściwym rozwiązaniem negowanie jego istnienia, niepodejmowanie działania, kiedy można coś zmienić. Niewłaściwe jest ukrywanie emocji. To tak, jak z powiedzeniem komuś w rozpaczy: „Nie martw się”, raczej niewiele pomoże. Nie jesteśmy w stanie pozbyć się cierpienia przez tłumienie wiążących się z nim uczuć, ale możemy swoim przeżyciom nadać wyższe znaczenie, z zaangażowaniem wykorzystać je ku dobrym intencjom. Jezus uczył takiego typu postawy choćby wobec niesprawiedliwych osądów, pokazywał że lepiej jest się nimi posłużyć – zamiast odpierać zarzuty lepiej jest zrobić coś, co sprawi, że argumenty staną się bezpodstawne w obliczu tego, co oskarżający zaobserwuje. Nie jest też tak, że jeśli staramy się z całych sił iść śladami Jezusa z pewnością zostaniemy uchronieni od złych doświadczeń. Albo, że brak interwencji Bożej, fakt, że kogoś nieustannie spotykają trudności, jest znakiem braku wiary (Ew. Łuk. 13:1-5). Sprawiedliwy i miłosierny Bóg chce zbawienia każdego człowieka: Pan nie zwleka z dotrzymaniem obietnicy, chociaż niektórzy uważają, że zwleka, lecz okazuje cierpliwość względem was, bo nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania (2 Piotra 3:9). Tak jak Bóg okazuje cierpliwość wobec błędów człowieka, tak i my powinniśmy pamiętać o jej wartości, o tym że sposobność do jej wyrażenia może być świadectwem zaufania Boga wobec człowieka. Kształtowanie cierpliwości nie pozwala przesłonić wartości pokory, nie pozwala popaść w pychę, która pojawić się może, gdy zbyt szybko otrzymamy to o co prosimy. Szybko wchodzimy w pęd życia odsuwając na dalszy plan Tego, który podał pomocną dłoń. Sugestywnym tego dowodem jest historia o uzdrowieniu dziesięciu trędowatych, w której tylko jeden z nich powrócił, aby oddać chwałę Bogu (Ew. Łuk. 17:11-19).

A co według Biblii możemy uczynić dostrzegając cierpienie drugiego człowieka? Oprócz współodczuwania i współtowarzyszenia konieczna jest także modlitwa: A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone (Jak. 5:15). Pełna wiary modlitwa może przywołać dobre owoce – cierpliwość, pokój, a także dodać sił i wytrwałości, by z każdym dniem na nowo podejmować walkę z cielesnymi słabościami. Człowiek poddawany próbom to też ktoś, kto najbardziej potrzebuje umocnienia siłą Ewangelii, nie pouczenia, ale naświetlenia i zobrazowania tego, że można odkryć sens. Nawet w cierpieniu.

Jest to dla mnie trudny temat. Nie wiem czy sama będąc w obliczu takiego cierpienia potrafiłabym przyjąć je z pełną ufnością. Ale mam nadzieję, że rozważając jego sens w kontekście Słowa Bożego byłoby to łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Jestem wdzięczna Panu Bogu, że przez towarzyszenie chorym mamy możliwość dostrzegania różnych barw człowieczeństwa, uczenia się od nich życiowej mądrości i pokornego przyjmowania Bożych zamysłów – to taka wzajemna korzyść. Pocieszenie kogoś, kto przeżywa trudne chwile, choćby na moment, daje poczucie spełnienia dobrego uczynku, ale przede wszystkim duchowe zbudowanie samego siebie, którego nie da się żadną miarą ocenić. Bycie świadkiem trosk drugiego człowieka implikuje wzbudzanie się w nas dobrych uczuć – braterskiej miłości, wrażliwości, współczucia, pokory. Myślę, że wejście w relację z człowiekiem doznającym jakiegokolwiek rodzaju cierpienia jest jednym z niewielu sposobów, za pomocą których można ich tak głęboko doświadczyć. W Panu nasza nadzieja, że pojmiemy kiedyś sens ciężkich doświadczeń, że gdyby kiedykolwiek zaistniały każdy człowiek będzie miał siłę godnie je przeżyć, że będzie potrafił spojrzeć poza horyzont, otworzyć serce na perspektywę zbawienia.

Podobne tamatycznie



© | ePatmos.pl