Nie dołączam się

20 czerwca 2014

Nie dołączam się

Autor:
Daniel Iwaniak

W zeszłym tygodniu wysyłaliśmy dzieci na 5 dniowy wyjazd na zieloną szkołę. Pięć dni całkowicie poza domem – trzeba było więc udzielić dzieciom stosownych pouczeń. Prócz tradycyjnych „trzeba się myć i słuchać poleceń nauczycieli” daliśmy też przesłanie w kwestii praktyk religijnych. Na wycieczce zawsze może zdarzyć się zwiedzanie sanktuarium lub w jakiś inny sposób nasze dzieci zetkną się z praktykami kościoła, do którego nie należą. Przesłanie było mniej więcej takie: szanuj przekonania i zwyczaje innych. Nie naśmiewaj się z nich. Pamiętaj też, że nie musisz robić tego co robią inne dzieci. Znasz przykazania.

Wtedy uświadomiłem sobie, że taki właśnie jest mój stosunek do innych chrześcijan. Z jednej strony szacunek do człowieka, z drugiej strony przekonanie, że kategorie słuszności, prawdy i dobra powinny górować nad naszymi ludzkimi sympatiami i antypatiami, przyzwyczajeniami i awersjami.

Chyba dlatego wczoraj w żaden sposób, nawet mentalnie, nie przyłączyłem się do święta moich katolickich przyjaciół zwanego Bożym Ciałem, święta mającego być uzewnętrznieniem „realnej obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie”.

Cieszę się, że śmierć Jezusa jest jednokrotną i całkowicie wystarczającą ofiarą za grzechy moje i wszystkich ludzi. Przyznaję, że z dużą ulgą przyjmuję nauczanie zawarte w Liście do Hebrajczyków dotyczące oczyszczającego charakteru ofiary Jezusa. Osią tego nauczania jest zestawienie ofiary złożonej przez Jezusa z ofiarami nakazanymi przez Boga i opisanymi w Starym Testamencie. Właściwie natchniony pisarz Listu do Hebrajczyków wykazuje dwie fundamentalne różnice: tamte ofiary musiały być powtarzane i przynosiły chwilowe oczyszczenie, ofiara Jezusa jest jednokrotna, niepowtarzalna i niepodzielna.

Albowiem Chrystus nie wszedł do świątyni zbudowanej rękami, która jest odbiciem prawdziwej, ale do samego nieba, aby się wstawiać teraz za nami przed obliczem Boga; i nie dlatego, żeby wielekroć ofiarować samego siebie, podobnie jak arcykapłan wchodzi do świątyni co roku z cudzą krwią, gdyż w takim razie musiałby cierpieć wiele razy od początku świata; ale obecnie objawił się On jeden raz u schyłku wieków dla zgładzenia grzechu przez ofiarowanie samego siebie (Hebr. 9:24-26).

Druga istotna kwestia, która przebija z tego nauczania to usunięcie pośrednictwa i obrzędowości jakie związane były z ofiarami prawa nadanego Mojżeszowi. W Starym Testamencie przebłagalną krew zwierząt przynosili kapłani, składając ją w wyznaczonym miejscu, w ściśle określony sposób. Zbawienie, które przynosi Jezus nie trafia do rąk żadnych ludzi, ale On sam przedstawia w niebie Ojcu wartość ofiary swojego życia, życia oddanego by każdemu utorować drogę do pokuty – życia z Bogiem i w Bogu. Jezus jest i kapłanem i ofiarą jednocześnie. Dlatego właśnie żaden ziemski kapłan nie jest już pośrednikiem w uzyskaniu zbawienia przez drugiego człowieka. Zbawiciel kieruje się bezpośrednio do każdego z nas, a my zwracamy się bezpośrednio do naszego Zbawiciela.

To samo przesłanie zawiera wcześniejszy fragment 9 rozdziału Listu do Hebrajczyków:

Wszedł raz na zawsze do świątyni nie z krwią kozłów i cielców, ale z własną krwią swoją, dokonawszy wiecznego odkupienia. Bo jeśli krew kozłów i wołów oraz popiół z jałowicy przez pokropienie uświęcają skalanych i przywracają cielesną czystość, o ileż bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego ofiarował samego siebie bez skazy Bogu, oczyści sumienie nasze od martwych uczynków, abyśmy mogli służyć Bogu żywemu.

Podobny temat, choć w innym ujęciu porusza Jezus w rozmowie, którą odbył w Samarii z kobietą przy studni. Kiedy ta orientuje się, że rozmawia z prorokiem, człowiekiem, który wie rzeczy od samego Boga, zadaje mu dręczące ją od dawna pytanie – prosi o rozstrzygnięcie wielowiekowego sporu religijnego:

Ojcowie nasi na tej górze oddawali Bogu cześć; wy zaś mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy Bogu cześć oddawać (Jana 4:20).

Która góra? Czyli czyja religia jest lepsza, nasza czy żydowska, którzy kapłani mają rację, jaki sposób kultu Boga jest właściwy. Te dwie góry uosabiają dwa systemy religijne z ich obyczajowością i nauczaniem. Odpowiedź Jezusa jest symptomatyczna. Nie stawia ich na równi i nie mówi obie są równie złe, lub równie dobre: Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, bo zbawienie pochodzi od Żydów (Jana 4:22).

Jednoczenie zapowiada mający wkrótce nadejść czas, kiedy te dwa systemy religijne wraz z ich świątyniami na górze i ofiarami tam składanymi upadną. (Jana 4:23)

Tak rzeczywiście się stało. Najazd rzymski i zburzenie Świątyni w Jerozolimie położyły kres ofiarom ze zwierząt i szukaniu przez nie czystości przed Bogiem. W następnym zdaniu Jezus mówi, że oddawanie czci Bogu zostanie przeniesione, lub dokładniej mówiąc ograniczone do jednej sfery: ducha. Odtąd prawdziwi czciciele mają czcić Boga w duchu i w prawdzie. Istota zbawienia przez ofiarę życia Jezusa będzie bowiem leżała poza zewnętrznością kultu tego czy innego kościoła. Żaden rytuał, żaden rodzaj spożywanego (lub nie spożywanego) pokarmu, żadne obchodzone święto nie zbawi człowieka. Pomoże tylko zwrócenie się w swoim duchu i w prawdzie swojego serca do Zbawiciela i Kapłana jednoczenie by pomógł zakryć grzechy i wskazał drogę do życia i szczęścia.

Przyjęcie tego przesłania jest jak książeczki opisane w Janowym Objawieniu – słodkie i gorzkie jednocześnie. Słodkie bo daje poczucie wolności w Chrystusie. Wolności od przestrzegania świąt, zewnętrzności tego czy innego kultu. Wolności od pośrednictwa drugiego człowieka czy też całego systemu religijnego w zbliżaniu się do Boga (1 Tym. 2:5). Cenię sobie tę wolność bo wydaje mi się ona fundamentalną zasadą działania Boga wobec człowieka. Bóg patrzy na mnie jak na jednostkę, pojedynczego człowieka, Jego dziecko. I jak dobry Ojciec zabiega o moje uczucia, troszczy się o moje dobro. To bardzo miłe uczucie być kochanym dzieckiem dobrego rodzica. Z drugiej strony ta Chrystusowa wolność daje ciężar odpowiedzialności, której nie można zrzucić na kogoś innego. Ani na jednostkę, ani na mój kościół czy moją grupę religijną jako całość. Stojąc przed stolicą Bożą nie mogę wyciągnąć argumentów: przecież chodziłem na nabożeństwa, przyjąłem nauczanie głoszone mojej społeczności, udzielałem się w pracach zborowych. To wszystko oczywiście może mieć sens o ile zmienia mnie wewnętrznie i jeśli dzięki temu staję się lepszym człowiekiem, lepszym dzieckiem Bożym. Jednak oparcie swojego życia i wiary na zwyczajach, rytuałach i nauczaniu jakieś grupy religijnej (choćby najlepszej, bo mojej) to daleko za mało. Przecież Dobry Ojciec wszystko o mnie wie i zna prawdę skrywaną na dnie duszy (Psalm 51:8). Kocham tego Ojca i z radością przyjmuję dziwną drogę Zbawienia jaką przemyślał.

Podobne tamatycznie



© | ePatmos.pl