Co mam zrobić?

29 października 2021

Co mam zrobić?

Autor:
Ela Dziewońska

Kiedyś często cytowałam frazę poety Jerzego Lieberta: „Uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę” i dotyczyło to raczej prostych wyborów niż decydowania na rozstaju dróg, w którą pójść stronę. Wybory nie wydawały mi się trudne, zwłaszcza że o wielu sprawach inni decydowali za mnie. Chodziłam do szkół, które były najbliżej, to znaczy na tej samej ulicy, gdzie mieszkałam, czy w tym samym mieście. Po latach o edukację dzieci też nie musiałam się martwić, bo były przypisane do szkoły w określonym rejonie. Teraz oferta edukacyjna, zwłaszcza w większych miastach, jest spora, więc i dylematy, co dla dziecka wybrać, są duże. Coraz częściej słyszę i czytam o nauczaniu domowym i z uśmiechem przypominam sobie, jak to mały rezolutny wnuk mówił: „Mamo, ja nie pójdę do szkoły, ty będziesz mnie uczyć”. Po nie najlepszych doświadczeniach ze zdalnym nauczaniem, z niepokojami, jakie są w oświacie, coraz więcej rodzin decyduje się właśnie na nauczanie domowe. Nie jest to decyzja łatwa, bo jednym z ważnych elementów nauki szkolnej jest przygotowanie dziecka do życia w grupie, w społeczeństwie. Na szkolnych korytarzach bywa jednak z tym różnie, więc może lepiej skrzyknąć się w kilka rodzin i uczyć dzieci? Sposoby mogą być dowolne, byle tak przygotowane dzieci zdały stosowne egzaminy, bo taki jest wymóg, przynajmniej w naszym kraju.

Ale i sposób przekazywania wiedzy jest istotny. Przeładowane klasy, nie zawsze odpowiednio do uczniów nastawiona nauczycielka, bo to głównie panie pracują z dziećmi najmłodszymi, nie dają gwarancji, że dziecko pójdzie dobrze wyposażone w dalsze życie. Ale też znam świetnie pracujące żłobki, gdzie nie można powiedzieć, że dziecko oddawane jest na „przechowanie”, są ciekawe zajęcia, maluchy twórczo spędzają czas. Podobnie jest w przedszkolach. Bywa, że rodzice oczekują takiej oferty edukacyjnej, która zastąpiłaby ich rolę w wychowywaniu dziecka. Ale znam też świetnie pracujące szkoły publiczne, dlatego wszelkie uogólnienia mogą być krzywdzące.

Przed laty zawód, pracę wybierało się na całe życie. Zachęcano, by wyuczyć się konkretnego, najlepiej społecznie przydatnego zawodu, by można było znaleźć zatrudnienie i spokojnie wytrwać kilkadziesiąt lat do emerytury. Nie wyobrażał sobie innej sytuacji mój ojciec, ja myślałam podobnie. Zmieniać pracę? Po co, skoro tę lubię. Szukać lepszego zajęcia, lepiej płatnej posady? Dzisiaj to przyjęty powszechnie obyczaj.

Nie wybierało się też społeczności religijnej. Jeśli kościół, to raczej ten najbliższy; jeśli sala zboru, to najlepiej ta na sąsiedniej ulicy. A co, jeśli gdzieś daleko są ludzie, z którymi chętniej bym się widywała? Takie możliwości odkryła pandemia. Sporadyczne transmisje nabożeństw on-line przekształciły się niekiedy w stałą formę kontaktu wiernych. Dziś też wiem, co to są nabożeństwa hybrydowe. Spotkania przez „okienka” Zooma czy Skype’a stały się dobrym wyjściem dla tych, którzy mieszkają gdzieś daleko i teraz nie mają już siły, by dojeżdżać czy nawet pójść do najbliższej świątyni. To też alternatywa dla chorych, a przy szalejących cenach paliwa – także dla niezamożnych.

„Rozpamiętuję dni przeszłe i dawne lata” (Psalm 77:5), ale nie po to, by dociekać „jak to jest, że dawne dni były lepsze niż te obecne, bo niemądrze jest, byś o to pytał” – kwituje mędrzec ewentualne wątpliwości (Koheleta 7:10).



© | ePatmos.pl